Polskie Radio

Rozmowa dnia: Stephen Mull

Ostatnia aktualizacja: 26.02.2013 07:15

Krzysztof Grzesiowski: Stephen Mull, ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce. Dzień dobry, panie ambasadorze.

Stephen Mull: Dzień dobry.

Pan ambasador sam o sobie powiada, że dyplomata nie musi być sztywnym facetem.  Na potwierdzenie tego wystarczy otworzyć Youtube w Internecie, by dowiedzieć się, co pan ambasador ostatnio robi w naszym kraju, np.  w Łodzi mówił o rowerach, odwiedził zakłady PZL „Mielec”, odpowiada na pytania internautów, część 1, potem część 2 i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Nie da się bez Internetu dzisiaj?

S.M.: Dzisiaj jeszcze nie, ale to jest bardzo ważne narzędzie mojej pracy jako dyplomata.

K.G.: O panu zrobiło się głośno przy okazji obejmowania przez pana placówki dyplomatycznej w naszym kraju, kiedy przywitał się pan z Polakami właśnie w serwisie Youtube. To nie zdarza się wśród ambasadorów zbyt często, przyzna pan.

S.M.: No, chyba tak, ale kiedy dowiedziałem się, że będę ambasadorem w Polsce, to było bardzo ważne dla mnie przedstawić sobie nie tylko do rządu polskiego, ale też do Polaków. Więc była taka propozycja zrobić taki film i bardzo chętnie zgodziłem się na to. I chyba wyszło dobrze.

K.G.: To pana trzeci pobyt dyplomatyczny...

S.M.: Tak.

K.G.: ...w naszym kraju.  Lata 80., pamięta pan?

S.M.: O, no tak, jak najbardziej. To był zupełnie inny kraj naprawdę. Ja byłem tutaj od 84 do 86, pracowałem w wydziale wizowym, też byłem oficerem politycznym. I to były bardzo trudne czasy, bardzo ciekawe czasy, bo to było po stanie wojennym, nic nie było w sklepach, zawsze miałem esbeków za mną, kiedy jeździłem po kraju. Było bardzo trudno mieć normalny kontakt z ludźmi, bo zawsze byliśmy, żona i ja byliśmy pod podsłuchem, i bardzo napięte czasy. Więc kiedy wyjechałem po 86 r., nigdy nie oczekiwałem, że było tak dużo zmian w tym kraju, ale jednak były takie zmiany.

K.G.: Kolejny etap to lata 90., radca ds. politycznych i wojskowych...

S.M.: Tak.

K.G.: ...no i nasza obecność w NATO, nasze wchodzenie do Paktu Północnoatlantyckiego.

S.M.: Właśnie tak, to był bardzo zajęty czas, pracowaliśmy bardzo intensywnie z naszymi polskimi partnerami, aby przygotowywać się do członkostwa w NATO. To nie było zapewnione, że Polska będzie w NATO, oczywiście, ale jednak w końcu udało nam się.

K.G.: No i jak to się po polsku mawia, do trzech razy sztuka, trzeci pobyt i funkcja ambasadora  Stanów Zjednoczonych. To podobno taka pana placówka marzeń?

S.M.: Na pewno tak z różnych powodów. Oczywiście, my, Amerykanie są bardzo (...) możliwością pokonywania trudności, które wydaje się niemożliwie. Oczywiście, Polska osiągnęła tak dużo zmian właśnie od 20 lat i aby mieć możliwości wrócić do takiego kraju, jest naprawdę trudno dla mnie. Też spędziłem bardzo ważną część mojego życia tutaj, w Polsce. Ja byłem zaraz po ślubie po raz pierwszy w latach 80., kiedy wróciłem tutaj w latach 90., nasz synek urodził się, jak pracowałem tutaj, więc na szczeblu osobistym zawsze będą miał bardzo ciepłą pamięć mojego (...) tutaj, w Polsce. Więc dlatego chyba czuję się jak u siebie w domu tutaj dzisiaj.

K.G.: A właściwie jak to się stało, że stał się dyplomatą, zdecydował się pan na pracę w dyplomacji?

S.M.: Kiedy byłem oficerem, byłem członkiem chyba dziwnego klubu, bo to był klub ONZ i właśnie w tym klubie mieliśmy grać pewną rolę jako kraj, jak byliśmy naprawdę w ONZ-cie, więc byłem bardzo zainteresowany w sprawach międzynarodowych. I kiedy wybrałem, gdzie chciałem studiować w uniwersytecie, wybrałem Georgetown, który jest bardzo dobre miejsce dla spraw międzynarodowych, i udało mi się, jako student zaraz po studiach bardzo chciałem wstąpić do służby zagranicznej i byłem na szczęście przyjęty. Na początku oczekiwałem, że tylko będę w tej służbie może 4-5 lat, bo nigdy nie byłem poza granicą Stanów do tego czasu. I była tak ciekawa praca, bardzo mi się podobała, więc zdecydowałem zostać przez całą karierę. W zeszłym tygodniu ja już będę w służbie zagranicznej 31 lat, więc to jest niespodzianka, że już byłem tak długo, ale bardzo przyjemne doświadczenie.

K.G.: Indonezja, Afryka Południowa, Bahamy, Litwa, Polska, czyli teraz Europa.

S.M.: Tak.

K.G.: Ambasador na Litwie, ambasador w Rzeczpospolitej. Można powiedzieć, że Rzeczpospolita Obojga Narodów w wykonaniu ambasadora Stephena Mulla. Panie ambasadorze, przed godziną 7 poruszaliśmy temat, który jest pewnym problemem w relacjach polsko-amerykańskich, zwłaszcza z polskiego oczywiście punktu widzenia, czyli kwestia zniesienia wiz. Ilekroć dochodzi do rozmów na wysokim czy nawet na najwyższym szczeblu polsko-amerykańskim ten temat jest poruszany, padają różnego rodzaju deklaracje, obietnice, że już, że za chwilę, że może za dłuższą chwilę. Rozumiem, że ta sprawa znajdzie swój finał, ale chyba nie ma kogoś, kto powiedziałby, że to będzie właśnie tego i tego dnia w tym i w tym roku.

S.M.: Zobaczymy, to jest bardzo trudne pytanie. Pan ma rację, że to jest pewien problem w naszych stosunkach, bo ja czuję codziennie, że Polacy naprawdę chcą jechać do Stanów bez wiz. Ja też chciałbym, aby Polacy mogli podróżować tam bez wiz. I mogę przyznać na dzisiaj, że prawie wszyscy, którzy starają się o wizy, dostają, ponad 93% Polaków dostaje wizy, jak starają się. Nasz program, bezwizowy program nie jest skierowany do specyficznych krajów, to są bardzo specyficzne przepisy i do tej pory Polska jeszcze nie spełnia te wymogi, które są ustalone w naszym prawie. Ale ja jestem optymistyczny, że będzie czas, że Polska będzie kwalifikuje do uczestnictwa w tym programie. Najważniejsze czynnik w tym jest liczba odmów, jak ludzie starają się o wizę. Według prawa naszego ta liczba musi być mniejsza niż 3%. Na razie to jest mniej więcej 9%. I jest taki plan teraz w naszym Kongresie, aby zmienić nasze prawo, aby pozwolić w krajach, które ma liczbą odmów wiz mniej niż 10%. I jeżeli uda się ten plan w naszym Kongresie, właśnie Polska będzie mogła uczestniczyć w tym programie. Jest bardzo trudno przewidzieć, jak szybko Kongres nasz może działać w tym względzie, ale dzisiaj, nawet w tym tygodniu było parę spotkań między prezydentem i liderami naszego Kongresu w sprawie reformy naszego systemu imigracyjnego. I właśnie ta propozycja, aby zmienić przepisy dla tego programu, jest częścią tych wysiłków reformy. Więc zobaczymy, ja mam nadzieję, że właśnie dojdzie do sukcesu w tym roku.

K.G.: Ale chyba jeszcze warto pamiętać o tym, bo my tak chcemy, by strona amerykańska zniosła wizy, ale prawda jest też taka, że nie zawsze Polacy, którzy lecą za ocean, realizują w praktyce to, co deklarują w rozmowie z oficerem wizowym tu na miejscu w Warszawie czy w innych amerykańskich placówkach, które wiz udzielają. Jeśli deklarujemy pobyt na taki, a nie inny okres, no a przedłużamy to, i tak dalej, i tak dalej, to trudno się dziwić, że taka jest reakcja. Warto chyba o tym pamiętać i mieć tego świadomość. No dobrze, pan ambasador się zgodził w pełni.

S.M.: No, zgadzam się.

K.G.: Dyplomatycznie nie zaprzeczył.

S.M.: [śmiech]

K.G.: Panie ambasadorze, no to teraz pana pobyt w naszym kraju. No to tak: kuchnia.

S.M.: Kuchnia jest fantastyczna, myślę, że polskie zupy są najlepsze, bardzo uwielbiam żurek i chłodnik. I kto nie lubi kiełbasy, to jest chyba najsłynniejsze danie polskie na świecie i ja bardzo lubię kiełbaski tutaj. Też chleb jest bardzo dobry. No, w ogóle myślę, że kuchnia jest bardzo smaczna tutaj, w Polsce.

K.G.: Wypoczynek, relaks.

S.M.: No, niestety nie ma dużo czasu na razie od czasu mojego przyjazdu tutaj w listopadzie, ja czuję się, jak biegam cały czas, nawet na weekendach, ale jak mam okazję jeździć rowerem, który nie jest najłatwiej zrobić w tej porze roku, ale jak mam okazję, chętnie to robię. Też bardzo lubię biegać w parkach, mamy bardzo piękny park blisko nas w ambasadzie, Łazienki park. Ja nie wiem, jeżeli przepisy pozwolą biegać w parku, ale może korzystam z immunitetu dyplomatycznego od czasu do czasu.

K.G.: No właśnie, ma pan immunitet, więc proszę biegać.

S.M.: [śmiech]

K.G.: Język polski?

S.M.: A, bardzo trudny język to jest.

K.G.: Mogę o coś spytać?

S.M.: Tak.

K.G.: Proszę powiedzieć słowo „tchórzyć”.

S.M.: Proszę co?

K.G.: „Tchórzyć”.

S.M.: Tchórzyć, tchórzyć. Ja nie znałem tego słowa.

K.G.: Brzoskwinia.

S.M.: Brzoskwinia, tak, ja bardzo wolałbym jeść niż wymówić to słowo.

Daniel Wydrych: To mogę jeszcze ja?

K.G.: Tak.

D.W.: Na moment. Taka niedaleko jest miejscowość stąd Jazgarzewszczyzna.

S.M.: Jagarziewcziźnie.

K.G.: No, mniej więcej, tak.

S.M.: [śmiech]

K.G.: To teraz jeszcze, panie ambasadorze, chciałem zapytać...

S.M.: Na szczęście Polacy są bardzo cierpliwi z językiem, ja muszę przyznać.

K.G.: Chcieliśmy jeszcze spytać o takie zainteresowanie nazwijmy je umownie maksymalnie szeroko kulturalnymi. Pan pochodzi z miejscowości, urodził się w miejscowości Reading w Pennsylwanii...

S.M.: Tak.

K.G.: John Updike tam się urodził, słynny prozaik amerykański ten od Czarownic w Eastwick i od Cyklu o króliku. Co pan najchętniej czyta? Jakiej muzyki pan chętnie słucha?

S.M.: Ja bardzo lubię Bruce’a Springsteena, on jest mój ulubiony wykonawca. Tutaj w Polsce niedawno byłem w telewizyjnym studio niedawno i inny gość tego programu był polski group Akurat. Oni są bardzo dobre i właśnie dostałem od nich najnowszą płytę i bardzo mi się podoba ich muzyka.

K.G.: A ile prawdy w tym, że i Lady Pank, i Manaam to też zespoły, których pan słucha.

S.M.: Manaam też, pamiętam, i Lady Pank pamiętam z lat 80. A teraz Lady Pan grają symfonicznie, więc to jest chyba znak, że starzejemy się.

K.G.: No tak, niektórzy mówią, że jak ktoś gra już symfonicznie i jest zespołem rockowym, to pora kończyć. O której rozpoczyna pracę ambasador Stanów Zjednoczonych? O której pan przychodzi do biura do siebie?

S.M.: Za kwadrans ósma jestem już u siebie w biurze.

K.G.: Czyli nie powinien się pan dziś spóźnić do pracy?

S.M.: Nie, będę na czas na pewno.

K.G.: Będzie pan na czas.

S.M.: Tak.

K.G.: Panie ambasadorze, dziękujemy za spotkanie, dziękujemy za rozmowę. Stephen Mull, ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce, był gościem Sygnałów dnia. No i skoro wspomnieliśmy o Manaamie, to taki skromny upominek dla pana ambasadora muzyczny.

S.M.: Dziękuję.

(J.M.)