Delegacja Kijowa na Florydzie
Ukraińska delegacja poleciała do Stanów Zjednoczonych na kolejną rundę rozmów na temat amerykańskiego planu zakończenia wojny. W jej skład wchodzą m.in. sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Rustem Umerow oraz pierwszy wiceminister spraw zagranicznych Serhij Kysłycia. Ukraińscy wysłannicy mają spotkać się na Florydzie z wysłannikiem prezydenta USA, Stevem Witkoffem, oraz zięciem Donalda Trumpa, Jaredem Kushnerem.
Według doniesień amerykańskich mediów, Witkoff – biznesmen i bliski sojusznik Trumpa – ma następnie stanąć na czele delegacji USA, która w przyszłym tygodniu uda się do Rosji na rozmowy z Władimirem Putinem.
Kontrowersyjny plan: od 28 do 19 punktów
Administracja prezydenta Trumpa przedstawiła Ukrainie 28-punktowy plan pokojowy, domagając się jego akceptacji w krótkim terminie. Jak wynika z przecieków serwisu Axios i innych mediów, dokument zakłada m.in.:
- Rezygnację Ukrainy z członkostwa w NATO,
-
ograniczenie liczebności sił zbrojnych do ok. 600 tys. żołnierzy,
-
uznanie de facto rosyjskiej kontroli nad Krymem oraz okupowanymi częściami obwodów donieckiego i ługańskiego,
-
utworzenie zdemilitaryzowanej strefy buforowej na części terytorium obecnie kontrolowanego przez Ukrainę, która w prawie międzynarodowym miałaby być uznana za terytorium Federacji Rosyjskiej, choć bez wprowadzania tam rosyjskich wojsk.
Reuters ujawnił, że amerykański plan w znacznym stopniu opierał się na dokumencie przygotowanym przez stronę rosyjską i przekazanym administracji Trumpa w październiku. W jego opracowaniu uczestniczyli, obok Witkoffa i Kushnera, m.in. szef rosyjskiego funduszu majątkowego Kirił Dmitrijew.
Po fali krytyki – zarówno w Ukrainie, jak i w wielu stolicach europejskich – oraz po rozmowach amerykańsko-ukraińskich w Genewie, pierwotna wersja dokumentu została zredukowana do 19 punktów. Kijów informuje, że w nowej wersji usunięto część najbardziej kontrowersyjnych zapisów, ale spór o terytorium pozostaje zasadniczy.
Dymisja Jermaka i twarde stanowisko Zełenskiego
Dodatkowym kontekstem trwających negocjacji jest polityczne trzęsienie ziemi w Kijowie. Andrij Jermak – dotychczasowy szef biura prezydenta i kluczowy negocjator Ukrainy – podał się do dymisji po tym, jak w jego mieszkaniu przeprowadzono przeszukanie w związku z szeroko zakrojonym śledztwem antykorupcyjnym.
Andrij Jermak (z prawej), szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy, i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski (po lewej). EPA/ALESSANDRO DELLA VALLE
Początkowo to właśnie Jermak miał lecieć do Miami na rozmowy z Witkoffem i Kushnerem. Po jego odejściu prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że w kolejnej rundzie negocjacji Ukrainę mają reprezentować: szef Sztabu Generalnego Andrij Hnatow, minister obrony Rustem Umierow oraz przedstawiciele MSZ i wywiadu.
W publicznych wypowiedziach Jermak – jeszcze przed dymisją – podkreślał, że Ukraina nie zgodzi się na formalne zrzeczenie się terytorium na rzecz Rosji. Kijów jest gotów dyskutować o linii demarkacyjnej i faktycznej kontroli nad poszczególnymi obszarami, ale nie o zapisanym w traktacie wyrzeczeniu się części kraju.
To stanowisko znacząco ogranicza przestrzeń do kompromisu, bo Rosja nie wycofała żadnych żądań terytorialnych, obejmujących także obszary, których nie kontroluje militarnie.
Chińskie „rozwiązanie u źródeł” i sygnał w sprawie Tajwanu
Na tle amerykańskiej inicjatywy własny sygnał wysłały Chiny. Po rozmowie telefonicznej Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem 24 listopada chińskie ministerstwo spraw zagranicznych zadeklarowało chęć doprowadzenia do „sprawiedliwego, trwałego i wiążącego porozumienia” w sprawie Ukrainy oraz rozwiązania „kryzysu u jego źródeł”.
Sformułowanie o „źródłach” kryzysu nie jest w chińskiej dyplomacji nowe – Pekin używa go co najmniej od 2023 r., m.in. poprzez swojego wysłannika Li Huia i 12-punktowy „plan” dotyczący wojny w Ukrainie. W praktyce oznacza ono przyjęcie narracji, zgodnie z którą to rozszerzenie NATO i polityka Zachodu są główną przyczyną konfliktu, a bezpieczeństwo nie może być budowane „kosztem innych”.
Jak zauważa analityczka Sari Arho Havrén z Royal United Services Institute, użycie tego języka właśnie teraz jest sygnałem, że Pekin nie odrzuca rosyjskiej listy żądań i traktuje sprawę Ukrainy w ścisłym powiązaniu z kluczową dla siebie kwestią Tajwanu. W rozmowie z Trumpem Xi powiązał obronę „porządku ustanowionego po II wojnie światowej” z przyszłością wyspy, sugerując, że inne mocarstwa powinny trzymać się z dala od „wewnętrznych spraw Chin” w regionie Indo-Pacyfiku.
Zdaniem Havrén jest to oferta transakcyjna: Chiny sygnalizują gotowość do pomocy w „domknięciu” ukraińskiego porozumienia – opartego na rosyjskiej definicji „przyczyn źródłowych” – w zamian za złagodzenie amerykańskiego stanowiska w sprawie Tajwanu i „okiełznanie” sojuszników, zwłaszcza Japonii.
Mało przestrzeni na pokój
Mimo intensywnych kontaktów – od genewskich rozmów z udziałem sekretarza stanu Marco Rubio, po zaplanowane spotkania na Florydzie i w Moskwie – zasadnicza różnica dotyczy terytorium. Ukraina, pod presją społeczeństwa i własnych elit politycznych, deklaruje, że nie podpisze dokumentu przewidującego formalne oddanie ziem. Rosja domaga się uznania zdobyczy terytorialnych i dalszych ustępstw.
Dodatkowo, ujawnienie, że amerykański plan w dużej mierze powstał na podstawie rosyjskich propozycji, wzmocniło podejrzenia w Europie, że część zapisów oznaczałaby faktyczną akceptację imperialnej polityki Moskwy.
Na razie więc ukraińska delegacja w USA i zapowiedziane rozmowy w Rosji są kolejnym etapem trudnych i wielowarstwowych negocjacji, w których – obok Kijowa, Moskwy i Waszyngtonu – coraz głośniej wybrzmiewa także głos Pekinu. To, czy z tych równoległych rozmów wyłoni się realna droga do pokoju, pozostaje otwartym pytaniem.
IAR/PAP/Reuters, bs