W ciągu niespełna roku prób zakończenia rosyjskiej inwazji na Ukrainę geografia spotkań przerosła wyobrażenia, jakie budowano na początku 2025 r.: Rijad, Stambuł, Moskwa, Kijów, Waszyngton, Petersburg, Kuala Lumpur, Anchorage, Genewa, Londyn, Berlin, Palm Beach. Nadało to konfliktowi w pełni globalny wymiar - wojnie, której konsekwencje, nawet jeśli nie pozwalają nazwać jej „światową”, czynią ją bez wątpienia najważniejszą dla porządku międzynarodowego, w którym dorastały pokolenia nieznające komunizmu w tej części Europy.
Podsumowując rok spotkań i intensywnej pracy nad przeciąganiem metaforycznej liny - uwagi i sympatii Trumpa - można uznać, że mimo propagandowej wydmuszki o „zakończeniu wojny w 24 godziny” administracja USA realnie zbliżyła się o krok do finalizacji tego procesu. Problem polega jednak na tym, że czas ustępstw wciąż jeszcze nie nadszedł.
Rozmowy delegacji USA i Ukrainy w prywatnej rezydencji Donalda Trumpa w Mar-a-Lago trwały blisko trzy godziny. Po ich zakończeniu Trump ocenił je jako „znakomite” i określił spotkanie mianem „wspaniałej rozmowy”, podkreślając, że znacząco przybliżyło ono finał wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jego zdaniem porozumienie jest na wyciągnięcie ręki, a uzgodniono około 95 proc. zapisów, przy czym kluczowa kwestia - status Donbasu - pozostaje nierozstrzygnięta.
W podobnym tonie dzień wcześniej wypowiadał się prezydent Rosji Władimir Putin, twierdząc, że tempo rosyjskiej ofensywy w Donbasie „eliminuje” zainteresowanie Moskwy wycofaniem wojsk ukraińskich z tych terenów, sugerując gotowość domknięcia okupacji środkami militarnymi. Pomijając przedwczesne i dwukrotne ogłaszanie przez Kreml „wyzwolenia” Kupiańska w obwodzie charkowskim, z którego Rosja miałaby się zresztą wycofać na mocy porozumienia, owo „tempo” nie odbiega istotnie od średniej tej wojny. Nie jest to jednak pozycja, z której narzuca się warunki jej zakończenia, choć Kreml nadal zachowuje się tak, jakby odnosił bezapelacyjne zwycięstwo.
„Rosja zamierza pomagać. Rosja chce, aby Ukraina była krajem odnoszącym sukcesy. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tłumaczyłem to prezydentowi. Putin był bardzo hojny i chce, aby Ukraina prosperowała” - mówił Trump podczas wspólnej konferencji prasowej. Mowa ciała prezydenta Zełenskiego zdradzała przy tym wyraźną ironię wobec tej narracji, którą trudno nazwać inaczej niż absurdalną.
Jakkolwiek silny nie byłby wpływ Ukrainy i Europy na 20-punktowy plan, Trump wciąż mentalnie trzyma się wizji normalizacji relacji z Rosją - potrzebuje jej do szerszej układanki geopolitycznej. Kijów liczy natomiast, że Moskwa w pewnym momencie sama wyłamie się z procesu negocjacyjnego, co skłoni Trumpa do powrotu do polityki ery Bidena. Niewykluczone jednak, że proces ten przybierze zupełnie inny odcień - fiasko tej próby może okazać się ostatnią inicjatywą Waszyngtonu na rzecz wynegocjowania „dealu”.
Rok kończy się w atmosferze sprzyjającej Ukrainie: udało jej się przetrwać kolejny rok wojny, rozbudować i wzmocnić rodzimy potencjał dronowy (co najmniej 350 skutecznych ataków typu Deep Strike w 2025 r.), poszerzyć geografię konfliktu o akweny odległe od Ukrainy (m.in. Morze Kaspijskie i Śródziemne) oraz skonsolidować wokół siebie Europę. Owszem, Ukraina, targana wewnętrznymi kryzysami o strategicznej skali, takimi jak afery korupcyjne na szczytach władzy czy problemy z mobilizacją i samowolnym opuszczaniem jednostek, ponosi koszty wojny wielokrotnie wyższe niż Rosja. Nie traci jednak determinacji w obronie tego, co własne, i nie godzi się na narzucanie rozwiązań z pozycji siły - bo swoją siłę codziennie udowadnia na polu walki.
Leon Pińczak, analityk ds. bezpieczeństwa i spraw wschodnich w Polityce Insight