Część opinii publicznej niewątpliwie przeżyła dziś swoisty flashback do 24 lutego 2022 roku, gdy rosyjskie śmigłowce przekroczyły granicę Ukrainy od strony Białorusi, kierując się na lotnisko w Hostomlu, by je opanować i przygotować grunt pod lądowe okrążenie Kijowa. Ukraińcy strącili wówczas cztery rosyjskie maszyny, częściowo rozbili elitarny desant, a po miesiącu wyparli Rosjan z północy kraju.
Amerykanie w dzisiejszej operacji nie stracili ani jednego Chinooka, Black Hawka czy Apache’a, swobodnie penetrując przestrzeń powietrzną wenezuelskiej stolicy, chronionej przez jedną z najsilniejszych sieci obrony przeciwlotniczej, opartą m.in. na rosyjskim i chińskim sprzęcie. Z jednej strony świadczy to o ogromnej pracy wykonanej przez amerykańskie służby wywiadowcze, z drugiej - rodzi uzasadnione podejrzenia o daleko posuniętą teatryzację całego przedsięwzięcia.
Niezależnie od powodzenia bądź fiaska dalszego rozwoju sytuacji w scenariuszu regime change, Donald Trump i Stany Zjednoczone pokazują rywalom, że prężenie muskułów nie jest w ich przypadku wyłącznie chwytem retorycznym, a użycie siły zbrojnej stanowi realny i podstawowy instrument prowadzenia polityki zagranicznej. Ma to daleko idące konsekwencje dla globalnej architektury bezpieczeństwa, która coraz wyraźniej zmierza w stronę systemowej niestabilności.
Personel pracuje przy myśliwcach F-35 Lightning II Sił Powietrznych USA zaparkowanych na płycie lotniska w byłej bazie morskiej Roosevelt Roads, po tym jak prezydent USA Donald Trump poinformował, że Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę i pojmały jej prezydenta Nicolasa Maduro, w Ceiba w Portoryko, 3 stycznia 2026 r.
Czy na radarze Amerykanów znajdzie się reżim ajatollahów w Iranie, od tygodnia pogrążony w kryzysie wewnętrznym, czy też reżim na Kubie, pokażą kolejne tygodnie 2026 roku. Pewne jest natomiast tempo zmiany myślenia o świecie - według Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) lata 2024 i 2025 były najbardziej aktywne pod względem liczby pełnowymiarowych konfliktów zbrojnych od czasów II wojny światowej. Oznacza to, że świat wchodzi w fazę chaosu w stosunkach międzynarodowych: poprzedni porządek się załamał, a nowy jeszcze się nie wykształcił (gwoli ścisłości - dziś brakuje nawet debaty o tym, jaki ład chcemy budować).
Na tych warunkach skorzystają przywódcy o jawnie autorytarnych cechach, którzy siłę militarną uznają za naturalny - zgodnie z myślą Machiavellego - instrument polityki. Upada tabu nałożone na Rosję po jej „operacji” przeciwko Ukrainie, a jednocześnie otwiera się okno możliwości dla Chin, planujących analogiczny scenariusz wobec Tajwanu. Wydźwięk dzisiejszej operacji USA jest jednoznaczny: mocarstwa mają prawo do realizacji własnych interesów kosztem resztek ładu opartego na prawie - ładu, który, jak słusznie zauważą niektórzy, przez ostatnie trzy dekady sam był narzędziem w rękach hegemona.
Ludzie robią zdjęcia opuszczania flagi Tajwanu podczas codziennej ceremonii, podczas gdy Chiny przeprowadzają ćwiczenia wojskowe „Misja Sprawiedliwości 2025” wokół Tajwanu, w Tajpej na Tajwanie, 30 grudnia 2025 r. REUTERS/Ann Wang
Jednocześnie, ilekolwiek rosyjski resort spraw zagranicznych nie próbowałby sprzedawać Globalnemu Południu narracji o „amerykańskiej agresji”, pole manewru pozostaje tu ograniczone. Kreml traci kolejnego quasi-sojusznika, któremu z uporem sprzedawał posowiecką broń, a jednocześnie pojawia się widmo amerykańskiej kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy, co mogłoby sfinalizować proces marginalizacji rosyjskiego eksportu „czarnego złota”. Wtórujący Moskwie Alaksandr Łukaszenka, grzmiący o „drugim Wietnamie”, również gra nie w swojej lidze - Ameryka Łacińska pozostaje bowiem w optyce USA naturalną strefą wpływów, w której aktorzy zewnętrzni mają ograniczoną sprawczość.
Protestujący niesie transparent z napisem „Trump, Ameryka Łacińska nie jest twoja”, podczas gdy demonstranci sprzeciwiają się działaniom USA w Wenezueli, po tym jak prezydent USA Donald Trump powiedział, że Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę i pojmały jej prezydenta Nicolasa Maduro. Paryż, Francja, 3 stycznia 2026 r. REUTERS/Abdul Saboor
Nie brzmi to jednak optymistycznie z perspektywy Europy, borykającej się z rosyjskim neoimperializmem, opartym zresztą na tej samej logice stref wpływów. Skoro jednak taki tryb został już przyjęty, a Zachód nie jest w stanie wpłynąć na zmianę kształtującego się paradygmatu, Europa musi zacząć przygotowywać się do własnego, szerokiego spektrum „operacji specjalnych” - wymierzonych w dekapitację przeciwnika.
Leon Pińczak
Analityk ds. bezpieczeństwa i spraw wschodnich, Polityka Insight