Czy to tylko cykliczne poruszenie wielkomiejskich elit, czy realny sygnał ostrzegawczy dla czeskiej demokracji?
Październikowe wybory parlamentarne przyniosły wyraźne zwycięstwo partii ANO, przywracając fotel premiera Andrejowi Babišowi. Jednak to nie sam powrót miliardera wywołał tak gwałtowną reakcję społeczną, lecz dobór jego koalicjantów.
Rdzeniem obecnego rządu jest sojusz z ugrupowaniami, które do niedawna znajdowały się na politycznym marginesie: Motoristé sobě (Zmotoryzowani): Formacja o silnym zabarwieniu eurosceptycznym oraz SPD (Wolność i Demokracja Bezpośrednia), czyli partia postrzegana przez wielu jako niemal ekstremistyczna, budząca lęk o przyszłość Czech w strukturach zachodnich.
To właśnie obecność tych partnerów w rządzie wypchnęła na ulice ok. 250 tysięcy manifestantów. Jak zauważa Krzysztof Dębiec z Ośrodka Studiów Wschodnich, Czechy są dziś krajem „niesłychanie spolaryzowanym”, gdzie liberalne metropolie (Praga, Brno, Pilzno) stają w opozycji do populistyczno-narodowego kursu rządu.
Koniec „jastrzębiej” polityki?
Największe kontrowersje budzi zmiana kursu w polityce bezpieczeństwa. Poprzedni gabinet Petra Fiali był jednym z najgłośniejszych rzeczników wspierania Ukrainy i modernizacji armii. Rząd Babiša obrał inną drogę: czeski parlament zatwierdził budżet, w którym wydatki na obronność spadają poniżej progu 2% PKB, pod hasłem „Czechy na pierwszym miejscu” Praga wycofuje się z aktywnej roli lidera pomocy wojskowej, skupiając się na wewnętrznych problemach socjalnych.
Media w cieniu polityki
Protestujący, skupieni wokół organizacji Milion Chwil dla Demokracji, ostrzegają przed pełzającą erozją instytucji. Symbolem tych zmian stały się media publiczne. Rządowy plan likwidacji abonamentu i przejście na bezpośrednie finansowanie z budżetu państwa jest odczytywane jako próba uzależnienia dziennikarzy od politycznych decyzji. Sygnałem alarmowym było odejście Václava Moraveca, jednego z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy telewizji publicznej, który wprost zadeklarował, że spotkał się z nieznanymi dotąd naciskami.
„Nie chcemy być Węgrami” – to hasło najczęściej skandowane na praskim Placu Wacława
Mimo pesymistycznych nastrojów na ulicach, czeska demokracja posiada silne mechanizmy obronne, których brakuje np. na Słowacji czy Węgrzech.
Co dalej?
Obecna sytuacja to pat polityczny. Choć protesty są masowe, sondaże nie pokazują drastycznych spadków poparcia dla rządu Babiša, który skutecznie gra kartą „dbania o portfele” najuboższych. Prawdziwym testem dla stabilności gabinetu może okazać się nie ulica, a ekonomia – zwłaszcza obserwowany wzrost cen paliw wywołany napięciami na Bliskim Wschodzie.
O sytuacji w Czechach w załączonym nagraniu mówi Krzysztof Dębiec z Ośrodka Studiów Wschodnich. Rozmawia Katarzyna Semaan.