Dla mieszkańców Zachodu historia tej części Europy może wydawać się skomplikowana. Przed drugą wojną światową Lwów, Galicja Wschodnia i część Wołynia należały do Polski. Północna Bukowina znajdowała się w granicach Rumunii, a Zakarpacie było związane z Czechosłowacją i Węgrami. Granice przesuwały się tu wielokrotnie, zwykle nie dlatego, że ludność spokojnie podejmowała decyzje, lecz dlatego, że zwycięskie imperia narzucały je siłą.
Właśnie do tej tradycji odwołuje się dziś Putin. Nie do prawa narodów, lecz do prawa siły. Nie do współczesnych umów, lecz do map sporządzanych po wojnach, rozbiorach i okupacjach. Używa prawdziwych wydarzeń historycznych jak materiału wybuchowego: wycina fragmenty, usuwa kontekst i podkłada je pod relacje Ukrainy z jej sąsiadami.
Przekaz jest prosty. Ukraińcy mają uwierzyć, że Polska nie pomaga im z powodu wspólnego zagrożenia, lecz czeka na możliwość odzyskania Lwowa. Że Węgry patrzą na Zakarpacie, a Rumunia na Bukowinę. Obywatele tych państw mają z kolei usłyszeć: skoro te ziemie należały kiedyś do was, dlaczego wspieracie Ukrainę zamiast domagać się ich zwrotu?
Kreml od lat używa kwestii dawnych granic do wywoływania współczesnych konfliktów. W rosyjskiej propagandzie mapa nigdy nie jest tylko mapą. Jest aktem oskarżenia, obietnicą łupu albo sugestią, że istniejące państwo nie powinno istnieć. Putin nie wspomina o zachodniej Ukrainie dlatego, że interesuje go los Polaków, Węgrów czy Rumunów. Interesuje go rozpad koalicji wspierającej Kijów.
Moskwa chce zasiać podejrzenie po obu stronach granicy. Na Ukrainie — że sąsiedzi są ukrytymi grabieżcami. W Polsce, Rumunii i na Węgrzech — że wojna stworzy kiedyś okazję do rewizji granic. Na Zachodzie — że Ukraina jest państwem sztucznym, wewnętrznie podzielonym i skazanym na rozpad. W krajach postsowieckich — że Rosja ma szczególne prawo do decydowania, które narody mogą posiadać państwo, a które powinny pogodzić się z rolą prowincji.
Ta ostatnia część przekazu jest szczególnie ważna. Putin mówi nie tylko do Ukraińców. Mówi także do Gruzinów, Mołdawian, Kazachów, Białorusinów i innych społeczeństw dawnego sowieckiego imperium. Przypomina im, że z punktu widzenia Kremla granice ich państw mogą zostać w każdej chwili uznane za „historyczny błąd”. Dzisiejszy sojusznik może jutro usłyszeć, że jego państwo powstało przypadkiem, otrzymało ziemie w prezencie albo nie ma pełnego prawa do samodzielności.
Tak działa imperializm: najpierw podważa się historię sąsiada, potem jego tożsamość, następnie granice, a na końcu samo prawo do istnienia.
Putinowska opowieść o zachodniej Ukrainie ma również ukryć zasadniczy fakt: jedynym państwem, które rzeczywiście zabiera dziś Ukrainie terytorium, jest Rosja. To nie polskie wojska zajęły ukraińskie miasta. Nie Rumunia zaanektowała Krym. Nie Węgry zburzyły Mariupol. Rosyjski przywódca opowiada o hipotetycznym rozbiorze dokonywanym przez innych, aby przesłonić rozbiór, który sam próbuje przeprowadzić.
Jest w tym także oferta skierowana do najbardziej cynicznych polityków regionu: przestańcie wspierać Ukrainę, a być może dostaniecie część łupu. Kreml liczy, że historyczne krzywdy, nacjonalistyczne emocje i wyborczy oportunizm okażą się silniejsze niż rozsądek. Nie musi przekonać większości. Wystarczy, że znajdzie wystarczająco wielu ludzi gotowych powtarzać jego sugestie, organizować awantury i oskarżać Ukrainę o niewdzięczność.
Cel jest większy niż sama propaganda. Putin chce zmienić język debaty. Zamiast pytać, kiedy Rosja wycofa się z okupowanych ziem, świat ma dyskutować, czy Ukraina przetrwa i kto przejmie jej terytoria. Zamiast mówić o agresorze i ofierze, mamy rozmawiać o „sporach historycznych”, „złożonej przeszłości” i „naturalnych strefach wpływów”. To stara sztuczka: przestępstwo należy rozmyć w dyskusji, a odpowiedzialność agresora utopić w pozornej symetrii.
Putin nie jest bezstronnym komentatorem historii Europy Środkowo-Wschodniej. Jest przywódcą państwa prowadzącego wojnę i byłym funkcjonariuszem KGB, który traktuje informację jako narzędzie nacisku, dezintegracji i zastraszania. Kiedy mówi o cudzych granicach, nie opisuje rzeczywistości. Sprawdza, gdzie można ją rozszczelnić.
Jego gra ma wzbudzić strach na Ukrainie, chciwość u sąsiadów, zmęczenie na Zachodzie i posłuszeństwo w świecie postsowieckim. Chodzi o przekonanie ludzi, że granice nie zależą od prawa, lecz od decyzji Kremla.
Dlatego nie należy pytać, czy Putin naprawdę wierzy, że Polska, Węgry i Rumunia podzielą między siebie Ukrainę. Ważniejsze jest to, że chce, aby uwierzyli w to inni. Mapa, którą pokazuje Putin, nie jest mapą historyczną. Jest mapą przyszłych konfliktów, które Rosja chciałaby wywołać cudzymi rękami.
Sławomir Sieradzki