Według stanu po przeliczeniu 94 % głosów dwie arabskie listy uzyskały łącznie 19 mandatów w 120-osobowym Knesecie. Nawet jeśli ta liczba ulegnie ostatecznie zmianie to nie zmieni to historycznego wymiaru tego sukcesu. Nie może on przy tym aż tak dziwić, gdyż Arabowie stanowią ok. 20 % populacji, a wiadomo było, że w tych wyborach pójdą tłumnie do urn. Wynika to z faktu, iż rząd Netanjahu, a zwłaszcza słynący z nienawiści do Arabów Itamar Ben Gwir, będący w nim ministrem bezpieczeństwa narodowego, prowadził politykę stanowiąca egzystencjalne zagrożenie dla arabskich obywateli Izraela. Na terenach przez nich zamieszkanych ograniczono obecność policji co doprowadziło do gwałtownego wzrostu przestępczości, napady ze strony bojówek żydowskich ekstremistów zaczęły się nasilać, a Ben Gwir osobiście nadzorował burzenie domów Beduinów pod byle pretekstem. Arabscy Izraelczycy postanowili więc zareagować tak jak przyjęte jest to w państwach demokratycznych tj. nie sięgając po broń, czy organizując ataki terrorystyczne, lecz idąc do urn.
No właśnie „arabscy Izraelczycy”, czy można tak napisać, skoro Izrael to Państwo Żydowskie? Izrael i popierające go lobby wielokrotnie podkreślali, że prawa wyborcze arabskiej mniejszości dowodzą, iż nie jest to państwo rasistowskie, jak głoszą jego wrogowie, lecz normalna demokracja. Co więcej, zgodnie z tą narracją, Arabowie mają w Izraelu więcej praw politycznych niż w większości państw arabskich, gdyż tam wyborów nie ma. Ale co z tego, że są wybory jeśli nie przekładałyby się one na realny wpływ na polityczną rzeczywistość? Przez większość historii Izraela istniał wielki mur dzielący partie arabskie i syjonistyczne, a współpraca była nie do pomyślenia. Uległo to częściowej zmianie, gdy konserwatywna partia arabska Ra’am weszła do koalicji rządowej (obecnej opozycji) w 2021 r. Był to przełom, choć udział w rządzie trwał zaledwie kilkanaście miesięcy.
Przed obecnymi wyborami podjęto jednak próbę wyeliminowania z nich partii arabskich tj. zarówno Ra’am jak i radykalniejszej Zjednoczonej Listy. Za próbami tymi stał obecny rząd, ale ostatecznie sąd dopuścił te ugrupowania do wyborów. Na ich sukces Netanjahu zareagował sugestią, że Arabowie, przy pomocy Turcji i Kataru, sfałszowali wybory, co jest tezą iście kuriozalną. Wszak wszelkie instrumenty kontrolne w państwie były w rękach Netanjahu oraz Ben Gwira. Czyżby sam premier przyznawał, iż nigdy nie nadawał się na tę funkcję bo pod jego rządami Izrael to państwo z kartonu? No cóż, zważywszy na odpowiedzialność Netanjahu za dopuszczenie do ataku Hamasu 7.10 to coś w tym może być.
Opozycja izraelska stoi zatem obecnie przed historycznym dylematem. Jeśli porozumie się z Ra’am i Zjednoczoną Listą to bez trudu odsunie od władzy Netanjahu i ekstremistów, a następnie będzie mogła ich rozliczyć w związku z licznymi zarzutami korupcji, narażania bezpieczeństwa kraju oraz tworzenia bandyckich bojówek. Arabowie już zapowiedzieli, że chcą rozmawiać, przy czym Ra’am chce wejść do rządu, a Zjednoczona Lista oferuje ograniczone wsparcie zewnętrzne. Do porozumienia wzywają centrolewicowi Demokraci, jedna z 4 partii opozycji, która odwołuje się do pokojowej polityki Icchaka Rabina i Szymona Peresa. Pozostałe ugrupowania, zwłaszcza Nasz Dom Izrael Awigdora Liebermana, są bardziej zdystansowane.
Problem w tym, że pod rządami Netanjahu i Ben Gwira w Izraelu rozszalały się nastroje ekstremistyczne. W takich warunkach stworzenie koalicji z Arabami spotka się z oskarżeniami skrajnej prawicy o „zdradę” i dogadywanie się z „terrorystami”. Paradoksem jest to, że właśnie jeśli Arabowie teraz dostaną sygnał, że drogą polityczną nie są w stanie nic osiągnąć to wówczas wzrośnie prawdopodobieństwo odwoływania się do przemocy. Wejście Arabów do koalicji rządowej sprzyjałoby również poprawie relacji między Izraelem a państwami arabskimi oraz poprawiłoby wizerunek Izraela na świecie. Natomiast kontynuowanie polityki obecnego rządu i pokazanie, że nie ma żadnych „arabskich Izraelczyków” tylko Arabowie traktowani jako problem, to droga ku katastrofie, którą państwo to konsekwentnie prowadził Netanjahu. Oczywiście, konsekwencją porozumienia z Arabami, może być to, że poczują, iż Izrael jest ich ojczyzną, a więc ich wysoka frekwencja w wyborach będzie utrzymana w przyszłości. Każdemu normalnemu państwu powinno na tym zależeć, wiec to czy uznane zostanie to za cel czy też za problem będzie testem dla Izraela.
Warto również zwrócić uwagę na to jak głosowali Żydzi rosyjskojęzyczni. Aż 21 % poparło propokojowych Demokratów, a tylko 19 % nacjonalistyczne ugrupowanie Liebermana, uznawane często za reprezentację tej grupy. Jednym z głównych centrów tej społeczności jest wielokulturowa Hajfa, gdzie wciąż muzułmanie i Żydzi studiują razem na miejscowym uniwersytecie. To pokazuje, że dialog i współżycie są możliwe. Likud poparło tylko 9 % Żydów rosyjskojęzycznych, a inne ugrupowania koalicji rządowej śladowy odsetek. Warto jednak pamiętać, że obecne władze są za to wspierane przez proputinowskich oligarchów z podwójnym obywatelstwem.
Witold Repetowicz, dziennikarz i ekspert ds. Bliskiego Wschodu. Autor książek reporterskich o konfliktach w regionie, relacjonował wydarzenia w Syrii i Iraku. Adiunkt Akademii Sztuki Wojennej
Poglądy przedstawione w artykule są osobistymi opiniami autora i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji.