„Najbardziej poruszające było dla mnie spotkanie z żołnierzami, którzy przeżyli rzeczy, których nie potrafimy sobie wyobrazić. A mimo to zachowali w sobie jakiś rodzaj niewinności i serdeczności” – wspomina jedna z wolontariuszek, która odwiedza Ukrainę od kilku lat. Jak dodaje, kontakt z tymi ludźmi „był po prostu karmiący” i nauczył ją patrzenia na życie w zupełnie innej perspektywie. „Wracając ze wschodu, mamy świadomość, że 90% tego, czym się przejmujemy w codziennym życiu, jest pyłem. Oni nie wiedzą, czy dożyją jutra, więc dla nich liczy się bliskość, lojalność, serdeczność, czas spędzony z bliskimi”.
Specyfika życia na froncie odciska trwałe piętno na psychice. „Nie ma możliwości, aby po przeżyciach frontowych wyjść bez PTSD. Absolutna większość żołnierzy ma uzależnienie od adrenaliny” – mówi wolontariuszka. Przykładem jest medyk Maksim, dowódca oddziału ewakuacyjnego, który służy w wojsku od 2014 roku. „Powiedziano mu: 'Już swoje zrobiłeś, możesz wrócić do domu'. A on odpowiedział: 'Nie potrafię żyć bez adrenaliny'”.
Wielu weteranów wojennych wraca do cywilnej rzeczywistości z ogromnymi problemami finansowymi i psychicznymi. „Przewiduję, że to będzie ogromny problem dla nich i dla społeczeństwa, z którym przyjdzie im się mierzyć przez długie lata” – podkreśla rozmówczyni. Organizacje wspierające żołnierzy starają się przygotować ich do codziennego życia, w tym także tych, którzy byli w rosyjskiej niewoli, poddawani torturom fizycznym i psychicznym.
Pomoc humanitarna dociera także bezpośrednio na front. Daniel Lewakowski ze Stowarzyszenia Power Bus opisuje, jak dociera do małych wiosek i miasteczek w Ukrainie, często niedostępnych dla dużych pojazdów. „Zazwyczaj miejscowości są mocno ostrzeliwane, więc przyjeżdżam i nikogo nie ma. Ale gdy ludzie zobaczą pomoc, zwołują się w kilka minut, aby ją odebrać” – opowiada.
Daniel Lewakowski podkreśla, że strach pojawia się dopiero po powrocie z frontu. „Na miejscu wszystko wymaga skupienia, uwagi. Strach przychodzi później, kiedy myśli się o tym w spokoju”. Dlaczego ryzykuje własne życie i naraża rodzinę? „Jak się za coś biorę, to do końca. Nie wycofuję się” – mówi.
Jednym z najboleśniejszych wspomnień Lewakowskiego była starsza kobieta prosząca o puszki z karmą dla psów, bo „nie miała co jeść” i zje, mimo że były przeznaczone dla zwierząt. „Z tego powodu zabieram czasem syna, żeby zobaczył, jak wygląda prawdziwe życie w wojnie. W telewizji tego nie widać” – dodaje.
Pomoc humanitarna w Ukrainie to często sprawa życia i śmierci – zarówno dla wolontariuszy, jak i osób, które otrzymują wsparcie. Ci, którzy tam jeżdżą, uczą nas, co w życiu jest naprawdę ważne: bliskości, wsparcia i zwyczajnego człowieczeństwa w obliczu tragedii.
pż