Rakieta manewrująca Ch-101 spadła w czwartek 30 lipca w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim - wynika z ustaleń prokuratury. Do zdarzenia doszło w czasie zmasowanego rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę. O godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt, który był śledzony przez służby, a do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. O godz. 3.46 obiekt zanikł, a później zlokalizowano miejsce jego upadku. Rakieta była rosyjska, wyprodukowana w drugim kwartale 2026 roku w jednym z zakładów w obwodzie moskiewskim, i zawierała materiał wybuchowy "w znacznej ilości".
Analityk organizacji fact-checkingowej Demagog Przemysław Dudek zwrócił uwagę w rozmowie z PAP, że rosyjska narracja propagandowa - zarówno w oficjalnych mediach, jak i wśród komentatorów wojskowych na Telegramie - zmieniała się w czwartek wraz z pojawieniem się nowych ustaleń polskich służb. "Początkowo ich wspólnym wątkiem było zrzucenie winy za to zdarzenie na Ukrainę, próbowano na przykład połączyć upadek rakiety z wizytą prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Lublinie" - powiedział ekspert, przypominając, że wizyta odbyła się w środę, dzień przed zdarzeniem.
Dudek wspomniał także, że rosyjska propaganda próbowała porównać zdarzenie do tragedii w Przewodowie z 15 listopada 2022 r., gdy podczas rosyjskiego ostrzału Ukrainy na przygraniczną wieś w woj. lubelskim spadł pocisk, zabijając dwie osoby - jak ustalili śledczy, wystrzelony przez ukraińską obronę powietrzną. "Według rosyjskiej narracji za chwilę miało się okazać, że tak jak w Przewodowie pocisk był ukraiński" - zwrócił uwagę rozmówca PAP, oceniając, że celem takiej propagandy jest wyprzedzenie oficjalnego komunikatu i wprowadzenie chaosu informacyjnego. "W ten sposób, kiedy pojawi się oficjalna informacja, dla niektórych odbiorców prawda będzie tylko jedną z wielu konkurujących narracji" - zaznaczył.
Jak dodał, po pierwszym komunikacie wskazującym na rosyjską rakietę Ch-101 narracja propagandowa przesunęła się na podważanie tych ustaleń. "Wówczas stwierdzono, że Polska oskarża Rosję "bez dowodów", a także skupiano się na tym, że polskie śledztwo wciąż trwa" - powiedział.
Analityk wyróżnił dwie rosyjskie fałszywe narracje, które "najlepiej się wgryzły": pierwszą, sugerującą ukraińską prowokację, i drugą - że Polska nie zdołała zestrzelić rakiety, bo oddała sprzęt Ukrainie. "Warto podkreślić, że obie te narracje działają na nastrojach i tematach, które już wywoływały dyskusję przed zdarzeniem na Lubelszczyźnie. Specjalnie użyto takiego samego języka, jakim opisuje się ataki na Ukraińców w Polsce, jak na przykład znieważenie dziewczynek w Bielsku-Białej czy pobicie we Wrocławiu, które zdaniem autorów dezinformacji też były aktami ukraińskiej prowokacji. W przypadku tej drugiej narracji specjalnie nawiązuje się do przekazania przez Warszawę kilku sztuk amunicji do systemu rakietowego Patriot Ukrainie, bo niedawno wywołało to w Polsce duże emocje" - wyjaśnił Dudek.
Jego zdaniem propagandowe rosyjskie media zastosowały klasyczny, rozpoznawalny wcześniej schemat. "Najpierw namnożono liczne wersje zdarzenia, wykorzystano lukę informacyjną, na którą pozwoliła opieszałość rządu z przekazywaniem informacji, a jak te w końcu się pojawiły, skupiono się na osłabianiu zaufania i podważaniu metod, w jaki ustalono te informacje. Jedyna znacząca różnica jest taka, że trafiono na wyjątkowo podatny grunt, czyli wykorzystano rosnące antyukraińskie nastroje w społeczeństwie i przełożono emocje związane z innymi zdarzeniami na tę sytuację" - wyjaśnił ekspert. Dudek zwrócił uwagę, że rosyjskie przekazy miały wiele źródeł - od mediów podległych Kremlowi, przez sieć dezinformacyjną "pravda", po krajowych trolli i agentów wpływu, docierających do różnych grup odbiorców za pośrednictwem różnych kanałów.
Również w analizie opublikowanej w piątek przez zajmujący się przeciwdziałaniem dezinformacji serwis Disinfo Digest stwierdzono, że celem rosyjskiego aparatu propagandowego było "utrzymanie niepewności, rozmycie odpowiedzialności oraz stworzenie wrażenia, że ustalenie rzeczywistego przebiegu incydentu jest niemożliwe albo podporządkowane interesom politycznym". Jak ustalono, rosyjskie oficjalne media, relacjonując zdarzenie, "zaczęły przypisywać polskim władzom ukryte cele polityczne", a dziennik "Moskowskij Komsomolec" rozwinął tezę, że incydent został wykorzystany do odbudowania społecznego poparcia dla Ukrainy. "Sugerowano, że polskie władze potrzebują obrazu wspólnego rosyjskiego zagrożenia, aby ograniczyć znaczenie sporów historycznych, gospodarczych i politycznych między Polską a Ukrainą" - czytamy w analizie Disinfo Digest.
Zdaniem analityków incydent w Tarnawie-Kolonii wpisano także w szerszą narrację o militaryzacji Polski i wschodniej flanki NATO. Jako przykład serwis podał czwartkową wypowiedź wiceprzewodniczącej komisji spraw zagranicznych Dumy Państwowej, która stwierdziła, że Polska formułuje bezpodstawne oskarżenia wobec Moskwy, ponieważ potrzebuje rosyjskiego zagrożenia do uzasadniania wydatków obronnych i kosztów członkostwa w NATO. Eksperci Disinfo Digest zaznaczyli, że "wypowiedź parlamentarzystki nie była formalnym stanowiskiem Kremla, rosyjskiego Ministerstwa Obrony ani Ministerstwa Spraw Zagranicznych, została jednak wykorzystana jako "reakcja Rosji", nadając propagandowej interpretacji pozór politycznej legitymizacji".
W poniedziałek liczba publikacji dezinformujących w polskiej infosferze dotyczących upadku rakiety zmalała, choć najbardziej angażujące treści osiągały 200-300 tys. wyświetleń na głównych platformach społecznościowych.
PAP/IAR/pż