Dyrektor artystyczny festiwalu Alberto Barbera, uzasadniając przyznanie jej Honorowego Złotego Lwa, zwrócił uwagę na "niezwykłą siłę i autentyczność" aktorki oraz stworzone przez nią bohaterki, które odzwierciedlały przemiany zachodzące w życiu współczesnych kobiet.
– Jej kunszt, ironia i odwaga pozostają absolutnym wzorem gry aktorskiej i zaangażowania obywatelskiego – podkreślił.
"Modlę się, by mój kraj znalazł własną białą linię”
Ellen Burstyn jest obecna w amerykańskim kinie od ponad pół wieku. Na swoim koncie ma role m.in. w "Ostatnim seansie filmowym" Petera Bogdanovicha, "Opatrzności" Alaina Resnaisa, "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky’ego, "Interstellar" Christophera Nolana i "Cząstkach kobiety" Kornéla Mundruczó.
Oscara przyniosła jej pierwszoplanowa rola w "Alicja już tu nie mieszka" Martina Scorsese. Właśnie do tego obrazu aktorka przeniosła się podczas gali. Jedna ze scen wymagała od niej prowadzenia samochodu nocą. Scorsese i operator Kent L. Wakeford zasłaniali jej jednak widok na pobocze. Aktorka była przekonana, że może doprowadzić do wypadku.
Rozwiązaniem okazała się biała linia wyznaczająca środek jezdni. – Zauważyłam, że to droga dwukierunkowa. Na środku była biała linia. Wystarczyło skierować wzrok w lewo i podążać wzdłuż niej. W ten sposób udało mi się nie zabić Martina Scorsese – wspominała.
Po latach anegdota z planu nabrała dla niej innego znaczenia. Odbierając nagrodę, Burstyn wykorzystała ją jako metaforę odnoszącą się do napiętej sytuacji w Stanach Zjednoczonych. – Mam nadzieję… Nie, modlę się, by mój kraj znalazł własną białą linię – powiedziała.
Czytaj także:
Marilyn Monroe, która dożyła stu lat
Ceremonii towarzyszyła światowa premiera krótkiego metrażu "Flesh Impact" Maggie Gyllenhaal. Film powstał w związku z przypadającą w tym roku setną rocznicą urodzin Marilyn Monroe. Przedstawia historię, której rzeczywistość nie pozwoliła się wydarzyć.
Ellen Burstyn wciela się w Monroe w starszym wieku, natomiast Dakota Johnson gra aktorkę u szczytu kariery, pojawiając się w retrospekcjach. Bohaterka Gyllenhaal ma sto lat i przyjeżdża elektrycznym samochodem do teatru, by wziąć udział w przesłuchaniu do roli Carol w "Orfeuszu zstępującym" Tennessee Williamsa.
Podczas spotkania z reżyserem zaczyna opowiadać własną historię: od trudnego dzieciństwa i pobytu w rodzinach zastępczych, przez zmianę wizerunku i narodziny ekranowej gwiazdy, po karierę, małżeństwo z Arthurem Millerem, samotność i zawodowe niespełnienie.
Tytuł filmu pochodzi od słów Billy’ego Wildera, który reżyserował Monroe w "Pół żartem, pół serio" i "Słomianym wdowcu". Filmowiec miał opisywać jej ekranową obecność jako tak realną, że widz odnosił wrażenie, iż wystarczy wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć.
"Zostałam dostrzeżona przez Marilyn Monroe"
Obsadzenie Ellen Burstyn w roli ma również osobisty wymiar. Zarówno ona, jak i Monroe związane były z Actors Studio Lee Strasberga. Nie poznały się tam jednak osobiście. Ich jedyne spotkanie nastąpiło przypadkiem, w większym gronie w klubie, kiedy Burstyn dopiero rozpoczynała karierę.
– Roztaczała wokół siebie tak magiczną aurę, że byłam oczarowana samym patrzeniem na nią. Później spojrzała na mnie i skinęła głową. W tamtym czasie dopiero zaczynałam karierę. Pomyślałam: właśnie zostałam dostrzeżona przez Marilyn Monroe. Do dziś noszę w sercu to wspomnienie – opowiadała aktorka podczas konferencji prasowej.
83. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji potrwa do 12 września. W ostatnim dniu wydarzenia poznamy zdobywcę Złotego Lwa dla najlepszego filmu.
***
Reuters/FestiwalwWenecji/PAP/zuzannachowaniec