Dwudziestokilkuletnia pani Barbara miesiąc temu uległa wypadkowi podczas prac rolniczych. Maszyna wciągnęła kobiecie kok, zrywając włosy wraz ze skórą z głowy oraz części szyi i twarzy.
Mimo okresu urlopowego, lekarze z Gliwic po informacji o wypadku w pół godziny skompletowali zespół. Sam zabieg trwał ok. ośmiu godzin, udział w nim wzięło pięciu chirurgów z zespołu rekonstrukcyjnego oraz dwóch anestezjologów i cztery instrumentariuszki.
Lekarze przywrócili prawidłowe ukrwienie i żywotność replantu. Przywrócono w całości oderwane powłoki mózgo- i twarzoczaszki z wykorzystaniem licznych mikrozespoleń tętniczych i żylnych.
Lekarze musieli połączyć skrajnie małe naczynia, o średnicy poniżej jednego milimetra. Takich mikrozespoleń chirurdzy wykonali 21.
Struktury naczyniowe były przedłużane przy pomocy pomostów żylnych pobranych z przedramion. W tego typu przypadkach bardzo istotny jest czas - trzeba zdążyć, zanim dojdzie do martwicy komórek.
"Udało się przesunąć granicę"
Zabieg wykonany przez zespół pod kierownictwem prof. Adama Maciejewskiego był jedną z największych replantacji powłok głowy i szyi, a jednocześnie pierwszą tego typu operacją przeprowadzoną w gliwickim ośrodku.
Lekarze z Gliwic oświadczyli, że "doniosłość tego wydarzenia nie polega paradoksalnie na udanej replantacji skalpu". Udało się przesunąć granicę czasu pomiędzy urazem a pomyślnym przywróceniem życia w oderwanych tkankach.
Do tej pory uważano, że jest to możliwe do czterech-pięciu godzin, tym razem udało się po ponad siedmiu.
- Wszelkie informacje, jakimi dysponowała do tej pory medycyna, świadczyły o tym, że to leczenie nie ma prawa się udać, ale ryzyko, które zostało podjęte, się opłaciło - podkreślił dyrektor Centrum Onkologii - Instytutu Oddziału w Gliwicach prof. Krzysztof Składowski.
Lekarze z Gliwic wytłumaczyli, że do powodzenia operacji przyczyniło się bardzo dobre zabezpieczenie oderwanych tkanek po wypadku. Zostały one przez służby medyczne schłodzone do kilku stopni Celsjusza.
Dr Mirosław Dobrut zaznaczył, że ryzyko wystąpienia poważnych powikłań jest obecnie "praktycznie zerowe". - Ukrwienie skalpu jest pełne, a prawdopodobieństwo powikłań infekcyjnych jest bardzo niskie - wskazał.
- Żona czuje się coraz lepiej, jest szczęśliwa. Ja również jestem szczęśliwy, że to wszystko udało się sprawnie przeprowadzić. Wszystko idzie w dobrym kierunku - powiedział mąż pacjentki - pan Krystian.
"To nie jest tylko chirurgia"
W ostatnich latach lekarze z Centrum Onkologii w Gliwicach zasłynęli z kilku pionierskich operacji. Chirurdzy pod kierunkiem prof. Maciejewskiego przeprowadzili dwa przeszczepy twarzy.
Pierwszą z operacji przeprowadzono 15 maja 2013 roku u 33-letniego wówczas pana Grzegorza, który przeżył poważny wypadek. Był to jednocześnie pierwszy na świecie przeszczep twarzy ratujący życie.
Druga operacja była już planowana. W grudniu 2013 roku lekarze przeszczepili twarz 26-letniej wówczas pani Joannie, cierpiącej od ponad 20 lat na nerwiakowłókniakowatość - łagodny nowotwór o podłożu genetycznym, który rozrastając się, może zagrozić życiu i jest uznawany za jedno z głównych wskazań do przeprowadzenia przeszczepu twarzy.
Z kolei w kwietniu 2015 roku 37-letniemu pacjentowi okaleczonemu przez nowotwór przeszczepiono w Gliwicach narządy szyi - krtań, tchawicę, gardło, przełyk, tarczycę z przytarczycami, struktury mięśniowe oraz powłokę skórną przedniej ściany szyi.
- Chirurgia onkologiczna, ta która jest u nas realizowana codziennie, to nie jest tylko chirurgia, która wycina raka i ratuje życie chorym. To dziś jest chirurgia, która nie tylko osiąga ten cel, ale również sprawia, że choremu chce się żyć, może siebie samego zaakceptować i cieszyć się życiem - podkreślił prof. Składowski.
PAP, kk