Jej początek (kto wie, czy nie najjaśniejszy punkt) wyznaczał Tercet Imperial z koncertem promującym debiutancki album Prymat. Słuchacze Dwójki wiedzą, jak smakowity to krążek (a i wizualne cudeńko godne chwycenia w dłonie), ponoć jednak mieszane uczucia wzbudzają artyści w środowisku muzyki tradycyjnej. Zbyt kokieteryjny to projekt? Zuchwałe, beztroskie granie? Być może. Ja akurat hipstersko-duchologiczny wizerunek Tercetu kupuję w całości, doceniam uwodzicielską moc i sądzę, że całkiem skutecznie kieruje uwagę na muzyczną treść. Kto inny proponuje tak kosmiczny miks retrofuturystycznych brzmień ze swobodą, przekorą i niefrasobliwością wiejskiego muzykowania? Kto urodę melodii i czystego głosu podpiera prawdziwie muzykancką popisówą przetworzoną na intelektualną rozkminę rodem ze sceny improwizowanej? Takie konfiguracje ludzkie zdarzają się raz na dekadę i świetnie, że lądują na OFF-ie.
Z jednej strony Jan Emil Młynarski, naczelny cinkciarz zespołu, potrafił ze Sceny Orlen (Sceny Leśnej) bezbłędnie wyczuć moment publiczności, zainwestować w mocniejszy beat i przewalutować go na entuzjazm tłumu. Z drugiej Piotr Zabrodzki (w domenie klawiszowego wyczuciu oberka postać zupełnie osobna) wyniósł „Pawcia” na okołośląską orbitę swoją wiązanką owczarków. Ale nie oszukujmy się – to Asia Sztucka jest prawdziwą gwiazdą zespołu i to ona na poważnie dogrzewała publiczność.
Trochę to może grubymi nićmi szyte, ale patrząc na nią, myślę sobie o czterech dekadach pracy na rzecz wydobywania z otchłani muzyki polskiej wsi. Sztucka śpiewa tak niewymuszenie, z taką lekkością, intuicją i osobistym rysem, że zdaje się reprezentować pokolenie, które – dzięki dekadom żmudnych działań – zaczyna traktować muzykę tradycyjną jak własną, równie aktualną jak dźwięk syntezatora czy elektroniczny beat. A do tego ma w sobie to nieuchwytne „coś”, rodzaj charyzmy czy blasku, który powoduje, że trudno oderwać od niej wzrok.
Owym „czymś” niewątpliwie dysponuje również Niczos (Nika Jurczuk), która wraz ze Sw@dą, w składzie poszerzonym o dwa damskie wokale, wystąpiła na tej samej scenie dwa dni później. Oba koncerty świetnie nagłośniono, oba dopięto koncepcyjnie i wizualnie. Show Sw@dy x Niczos był w zasadzie pełnoprawnym choreograficzno-muzycznym performansem ze starannie rozegraną dramaturgią. Chapeau bas za epicki początek utkany z gęstej elektronicznej smugi i dobiegających zza sceny wokali, świetną, angażującą i świadomie animującą publiczność konferansjerkę, zręczny ruch sceniczny i muzykę, która prawdziwie niosła.
Nie było może dzikiego tłumu pod sceną (godzina dość wczesna), ale wydaje mi się, że przekaz o katartycznym potencjale wspólnego tańca, o podążaniu za tym, co do nas woła, i wyszywaniu we wszechświecie własnych (tylko własnych) wzorów, dobrze rezonował z publicznością. Artyści podeszli do występu profesjonalnie i kompleksowo, dopinając nawet takie detale, jak kojące elektroniczne drony, który oplatały ciała w trakcie opowieści o muzyce Podlasia. Udało się zaprosić słuchaczy do wspólnego śpiewu i ruchu, a duch podlaskich szeptuch zmieszany z beatem gangsta-rapsów świetnie współgrał z resztą programu. OFF nie jest festiwalem muzyki kontemplacyjnej, nie jestem pewna, czy jest w ogóle festiwalem muzyki do słuchania – publiczność oczekuje chyba przede wszystkim propozycji, które dają poczucie wspólnotowego, żywego, fizycznego doświadczenia, i pod tym względem oba koncerty zmyślnie zaprogramowano.
Z rodzimych propozycji, związanych mniej lub bardziej ze sceną folkową, w line-upie znalazła się jeszcze Zuzanna Malisz z autorskim projektem. Najmłodsza reprezentantka Kapeli Maliszów poszukuje swojego miejsca na muzycznej scenie i stylu, który najlepiej odda jej artystyczne intuicje. Raptem 30-minutowy występ zawierał pełen kalejdoskop gatunków muzycznych i nastrojów – od lekko smętnego minimalu, przez słodkawy pop, po powidoki klasycznego rocka czy punkowy vibe. Gdzieś między Roxie Węgiel a młodszą wersją Kory, między banałem a potencjałem, bo mimo pewnej nieporadności, nieuformowania, słychać było, że każdy z muzyków ma sporo do powiedzenia i jest w artystach świeżość, która może przynieść w przyszłości zajmującą muzykę.
Teksty nie są niestety najmocniejszą stroną kawałków Malisz i zupełnie poważnie myślę, że jej kooperacja np. z nieokiełznanym, rzucającym w publiczność bananami, nawijającym o branży spożywczej raperze AGNT czy grupą PGR mogłaby przynieść ciekawe plony, zwłaszcza że śpiewa Zuzanna Malisz przepięknie, ma w sobie bunt i unikatową muzyczną wrażliwość.
Urzekły mnie oldskulowa wręcz prostota, hiperkoncentracja i bezkompromisowe zanurzenie w muzyce współczesnych trubadurów Koty bez oczu psy bez nóg. Zanotowałam sobie, że to muzyka bardzo prosta, wręcz naiwna, chwilami monotonna, ale ujmująco kameralna, niewinna, wypełniona szczerymi emocjami. Ekspresja i styl wokalistki odsyłają do piwnic, w których słuchało się niegdyś poezji śpiewanej. Jest w tej muzyce szczypta naiwności, a może to tylko romantyzm? Przetrzymywane, subtelnie dosłuchiwane współbrzmienia, zapętlenia, brak mocnego beatu, oszczędność środków wydały mi się szczytem offowości na tym offowym festiwalu. Szkoda, że gdzieś w połowie koncertu zaczął zagłuszać artystów beat zespołu Nu Genea live band, który przykrył tłustą płachtą całą Dolinę Trzech Stawów. Artyści dzielnie walczyli, wykazali się przy tym konferansjerskim refleksem, ale huk ze sceny obok był przytłaczający. Ogromna szkoda. Dziesięcioosobowy neapolitański skład niewątpliwie porwał do tańca festiwalową publiczność, ale czy muzycznie coś się tam ciekawego zadziało? Być może gdyby obniżyć poziom decybeli, dałoby się usłyszeć coś oprócz perkusji i basu, ale przez te parę minut, które wytrzymałam pod sceną, dźwięczało mi w głowie pytanie, po co na estradzie tylu muzyków, skoro każdy gra w kółko ten sam motyw, a i tak średnio go słychać. Przez zdecydowaną większość festiwalu koncerty były naprawdę dobrze zrealizowane, rzadko kiedy wchodziły sobie w paradę i nie groziły uszkodzeniami słuchu, ewidentnie jednak na ostatniej prostej odkręcono konsole na maksa.
Po drodze szczęśliwie trafiło się jednak kilka miłych propozycji z obszaru world music. Zwłaszcza sobotni blok irlandzki w namiocie eksperymentalnym (eksperymentalnym z nazwy – nie były to propozycje szczególnie bardziej awangardowe niż na innych scenach), na czele z The Mary Wallopers – grupą lewicowych punkowców reinterpretujących dawne i mniej dawne pieśni przy pomocy tradycyjnego instrumentarium, poruszających aktualne tematy i okraszających całość szczyptą rebelianckiej energii. Dobrze brzmiały potężne, ciemne rapsy charyzmatycznej i porywającej tłum grupy DAM z Palestyny. Klasę pokazało zambijskie W.I.T.C.H – mistrzowsko zgrani, żonglujący dynamiką, groovem, ze świetnym wyczuciem rytmu, oddechu i wirtuozersko rozlokowywaną muzyczną energią. Nie były to może propozycje poszukujące, zaskakujące czy otwierające nowe połączenia neuronalne, ale z pewnością spójne z resztą programu, energetyczne i ciepło przyjmowane przez publiczność. A to przecież czasem więcej niż dobrze.
Łucja Siedlik
Relacja z OFF Festivalu, 7-9 sierpnia 2026
***
Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.
Łucja Siedlik z wykształcenia skrzypaczka, filolożka angielska, kulturoznawczyni. Zajmuje się głównie pisaniem i muzyką, w tym pisaniem o muzyce. Jest doktorantką IS PAN, w kręgu jej zainteresowań badawczych znajdują się współczesne odsłony folkloryzmu w muzyce oraz zagadnienia wykonawstwa muzycznego.