Stanowczo jest za cicho o włoskim duecie, kolektywie C'mon Tigre, który od początku istnienia strzeże swojej tożsamości, ale niezmiennie od wielu lat funkcjonuje na scenie. Nad Wisłą to już w ogóle się o nich nie mówi, nie zaprasza na koncerty, ale może coś przegapiłem. Najważniejsze, że artyści wracają z nowym albumem pt. „LUMINA”.
C'mon Tigre,
Debiutowali płytą „C'mon Tigre” (Africantape, 2015) i wydają dość regularnie kolejne wydawnictwa. Dużo dobrego przyniosły im współprace chociażby z takimi postaciami jak Colin Stetson, Seun Kuti, Arto Lindsay czy Xênia França. Od początku blisko jest im również do świata artystów wizualnych, wśród nich m.in. Gianluigi Toccafondo, Harri Peccinotti, Danijel Žeželj i Paolo Pellegrin. Synergiczne połączenie C'mon Tigre ze światem wizualnym doskonale pokazują ich klipy.
C'mon Tigre u zarania są rozpostarci między tradycją a eksperymentowaniem. Być może na płycie „LUMINA” ten drugi aspekt przejmuje mocniej stery, ale wciąż bardzo ważnym czynnikiem pozostaje nasycanie ich muzyki brzmieniami żywych instrumentów. W nowych kompozycjach słyszymy chociażby oud, wiolonczelę, ksylofon, wibrafon czy perkusję. Krążą tu wokół sceny elektronicznej muzyki tanecznej, jej zbiorowego wymiaru, doświadczania muzyki w tańcu, ale nie robią tego w sposób oczywisty i prostolinijny: - „Klub i rave zawsze nas fascynowały właśnie z tego powodu. Nie jako gatunek, ale jako forma doświadczenia” – mówią C'mon Tigre.
W tym kontekście bardzo ciekawie prezentuje się nawiązanie do myśli francuskiego socjologa Michela Maffesolego, a dokładnie do jego pojęcia „neotribalizmu” zawartego w książce „Czas plemion” („Le Temps des tribus”) wydanej w 1988 roku. Badacz twierdził wówczas - wbrew powszechnie panującym opiniom o postępującym, skrajnym indywidualizmie - że współczesne społeczeństwa przechodzą proces ponownego łączenia się w grupy przypominające dawne plemiona. I tak jak trudno dziś przełożyć to na realia, na jakość panujących relacji społecznych, tak w przestrzeni sztuki pojawia się większy sens na zaistnienie takiej teorii, a w tym przypadku chodzi o scenę elektronicznej muzyki tanecznej. Maffesoli pisał o „estetyce” jako spoiwie łączącym ludzi. Wspólne odczuwanie, emocje, styl życia – oczywiście to wszystko można zauważyć nie tylko w kontekście muzyki klubowej.
- „Utwory po raz pierwszy zaprezentowaliśmy publiczności na scenie, zanim jeszcze miały tytuły. Koncert, który zadebiutował na festiwalu Robot w Bolonii w październiku 2025 roku oraz na JazzMi w Mediolanie w listopadzie 2025 roku, nie był zapowiedzią: był to test na żywo, nieoficjalna prezentacja muzyki, która wciąż nabierała kształtu. Chcieliśmy dowiedzieć się, co się stanie, gdy ta muzyka spotka się z ciałami. Odpowiedzią stała się ta płyta” - C'mon Tigre.
Wciskając przysłowiowy „Enter” – nagranie otwierające album – dostajemy niewyraźnie słyszany śpiew w języku arabskim i rozpędzoną elektroniczno-perkusyjną aranżację wpadającą prostu w „The Beautiful Glitch” z dostojnie pulsującymi syntezatorami, eterycznym wokalem (momentami dochodzi wokoder, talkbox) i mięsiście, muskularnie, ale ciepło brzmiącą perkusją. Wspomniany oud i wiolonczela odzywają się w nagraniu „Vantra” tkając transowe nicie, a te splatają się z enigmatycznymi wokalami, wibrafonem Pasquale’a Mirra (genialny muzyk!), konkretnie prowadzonym rytmem perkusji i znakomicie przemyconą elektroniką. Brzmią tu trochę jak słynna Masada Johna Zorna.
W utworze „Driver Idle” gościnie wystąpił amerykański raper Perry Maysun, ale pierwsze „skrzypce” grają tu elektroniczne, syntezatorowe basy, partie oudu i wibrafonu. Totalny przeskok przynosi „Nanã” – plemienne śpiewy, którym towarzyszy rytm, gąbczasta fala dźwięku z bezszwowym przejściem do pięknego „Burukê” wypełnionego kaskadami wibrafonowych pętli, oudu, nieoczywistych harmonii i jakąś taneczną energią, radością. Wyobraziłem sobie, jak to musi kapitalnie brzmieć na żywo!
„Sawa” od pierwszych chwil porywa do tańca, choć nie wiem bliżej jakiej szerokości geograficznej, to jednak wskazałbym rejony kultury afrykańskiej szybko transformującej do hybrydowego splotu, mnogości odniesień i posiadania osobnego tanecznego DNA. Choć usłyszałem tu z podobną energię jak u kenijsko-niemieckiego duetu Odd Okoddo. W „Both Sides of the Moon” mamy pewien rodzaj ballady, piosenki w ujęciu totalnie nowoczesnej produkcji, której nie opuszczają analogowe brzmienia. Być może tak powinien dziś grać islandzki Gus Gus? Tuaresko brzmiąca gitara, falujący wibrafon, filmowo snująca się wiolonczela i żywo pędząca sekcja rytmiczna nabierają nasycenia w nagraniu „Riad”. Momentami można usłyszeć jakieś wspólne dźwiękowe ciało łączące C'mon Tigre z projektem The Dwarfs of East Agouza.
Parujące cieniami i światłem aksamitne wokale podłączone do retro syntezatorowej elektroniki w pewnym momencie zrzucają „skórę” i wyłania się z nich żeński głos deklamujący w języku japońskim („Ceiling Drip Gospel”). Pierwsze takty „We Were Here, Technically” pulsują sceną elektroniczną, lecz szybko wyraźny ton nadają perkusja i… oud wespół z pohukującymi syntezatorami. Ten harmoniczny potok znakomicie usprawniają partie wibrafonu i wiolonczeli. Nie jest to płyta którą można przewidzieć, co tylko potwierdzają dwie zamykające kompozycje: „Late Checkout” i „K//A\K//A”. Pierwsza oddycha niby znajomą kulturą harmoniczną, azjatycką (?) słyszaną najlepiej w szybkich pochodach wibrafonu i blisko jej tętniącej elektroniki, to mimo wszystko dołożona do tych składników perkusja, rytmiczna estetyka muzyki techno i reszta warstw wybijają jednomyślne przekonanie do jakiej przegródki należy włożyć muzykę C'mon Tigre. Klubową estetykę w „K//A\K//A” przenika zarówno jazzowa swoboda, jak i afrykańska modalność gitarowych melizmatów unoszących ducha zespołów pokroju Konono Nº1.
Po czym wszystko milknie, rzeczywistość mgliście gdzieś sobie majaczy, a w głowie dosłownie wiruje cały ten dźwiękowy tygiel jaki można usłyszeć, a nawet poczuć w ciele dzięki albumowi „LUMINA”. C'mon Tigre wraz z przyjaciółmi przygotowali nietuzinkowy materiał, do którego należy wracać, by móc odkryć w pełni wszystkie jego zawiłości, raz po raz wskakiwać na harmoniczne trampoliny, które każdorazowo wysyłają nas na mało znane lądy.
Łukasz Komła
C'mon Tigre – LUMINA
CMT 2026
***
Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.