Z jednej strony na wolność wyszli ludzie skazani na długoletnie wyroki więzienia w najcięższych warunkach tylko za to, że chcieli prawdziwych wyborów we własnym kraju. Wypuszczono jednak zaledwie dziesięć procent więźniów politycznych, tymczasem reżim w Mińsku cały czas skazuje nowych. Białoruś wciąż trzyma w kazamatach ponad tysiąc stu więźniów sumienia. W tym roku przybyło kolejnych pięćset dziewięć. Takie dane podają przed końcem roku obrońcy praw człowieka z zakazanego na Białorusi stowarzyszenia Wiasna. Wypuszczono kilku Polaków niesprawiedliwie skazanych na Białorusi w procesach politycznych, jednak polski dziennikarz Andrzej Poczobut wciąż pozostaje więźniem Łukaszenki. Uwolnionych Białorusinów zaś natychmiast deportowano bez możliwości powrotu do ojczyzny, a niektórych banitów Łukaszenki pozbawiono nawet paszportów.
Koniec każdego roku to oczywiście termin umowny, a historia to nie księgowość, by dokonywać ostatecznego bilansu z każdym 31 grudnia. Pytanie dla większości Białorusinów brzmi inaczej – czy sprawy kraju i naszego regionu idą w dobrym kierunku? Odpowiedź jest prosta: dopóki krajem kieruje obecny reżim, nic się nie zmieni na lepsze, prędzej będzie odwrotnie. Warto się jednak zastanowić, kto tworzy białoruski reżim. Może Łukaszenka i rodzina, albo milicja i KGB? Czy też może Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji ma tu wiele do powiedzenia? Ile resztek suwerenności pozostawiono Białorusi?
Białoruski dyktator bardzo często powtarza publicznie, że to on jest gwarantem tej rzekomej suwerenności, ale w rzeczywistości w gospodarce kraju rządzi rosyjski biznes, wypierając białoruskie firmy na margines.
Ciekawym epizodem potwierdzającym to, że to Rosja de facto kieruje procesami na Białorusi stała się depesza propagandowej rosyjskiej agencji TASS z tego tygodnia. W ciągu ostatnich miesięcy Alaksandr Łukaszenka często straszył Polskę tym, że wkrótce na Białorusi zostaną rozmieszczone najnowsze rosyjskie rakiety Oriesznik o zasięgu do 5000 kilometrów i że to on będzie decydował, gdzie zostaną wycelowane.
Tymczasem rosyjska agencja wypowiedziała się wyraźnie na ten temat, odwołując niedawno swoją własną depeszę. „Materiał informacyjny - oświadczyła TASS - opublikowany na tass.ru o godzinie 17:24 czasu moskiewskiego pod tytułem ‘’Białoruś samodzielnie będzie określać cele Oriesznika, jeśli zajdzie taka potrzeba’’ zostaje wycofany w związku z omyłkową publikacją i usunięciem jej przez źródłową stację telewizyjną. TASS przeprasza swoich abonentów i czytelników”.
Mała, ale jakże znamienna próbka pokazująca, kto tak naprawdę rozdaje karty na Białorusi.
Oriesznik to nowy straszak Putina dla Europy, który prawdopodobnie został już rozmieszczony na wschodzie Białorusi nieopodal miasta Kryczau – napisał w tym tygodniu Reuters. Starzejącym się dyktatorom pozostają już jedynie takie zabawki.
Gdy Łukaszenka 31 lat temu po raz pierwszy chciał zostać prezydentem kraju, mówił, że czas siedemdziesięcioletnich władców minął. Chodziło mu wówczas o posowiecką nomenklaturę. Dziś sam ma 71 lat i twierdzi, że „odejdzie, ale jeszcze nie teraz”. Mój znajomy dziennikarz podsumował to dosadnie: nie teraz, czyli jedynie nogami do przodu”. Spytałem go, czy wyobraża sobie, kiedy będzie lepiej? Odparł: „lepiej już było, ale nie zdołaliśmy tego utrzymać. A teraz zbliża się wojna i trzeba żyć dziękując Bogu za każdy kolejny dzień”.
Sam nie podzielam takiego pesymizmu, ale słowa te jak w kropli wody odzwierciedlają tegoroczne, grudniowe nastroje w kraju pod rządami dyktatora, którego czasy – według jego własnych słów – minęły, a rządy wciąż nie.
Z Białorusi dla Polskiego Radia – Jan Krzysztof Michalak