Firma istnieje tu od 1954 roku. W tym roku obchodzi 70-lecie. „Bardzo dobrze nam się tu wiedzie. Naprawiamy, szlifujemy” – mówi. Wszystkiego nauczył go ojciec. Potrafi szlifować kryształy i lustra, podlać starodawne zwierciadło, naprawiać różne przedmioty szklane. Dlatego warsztat skupił się na tak zwanej niższej szklarskiej: drobnych, codziennych przedmiotach. „Szkła używane codziennie też się szczerbią. Kieliszki kryształowe, karafki jakieś – wraca troszeczkę moda”.
To pasja. „Naprawianie starych przedmiotów stuletnich czy stupięcioletnich jest bardzo interesujące. Jak się uda taki przedmiot odzyskać, to mamy satysfakcję z pracy”. Na urlopy nikt z rzemieślników nie chodzi. „Trzeba warsztat utrzymywać cały rok”.
Lustra z Zamku Królewskiego i telefon od klientki
Na stole leżą fragmenty luster z sali Senatu Zamku Królewskiego. „Mam stare projekty z 77 roku. Pomalutku sobie realizuję taki projekt. Nie jest to żadne zamówienie, tylko tak, żeby ze wprawy nie wyjść”.
Nagle w pracowni rozlega się dzwonek. Klientka zastanawia się, czy jej szklany przedmiot wymaga naprawy po kilkudziesięciu latach od ostatniej, którą przeprowadził ojciec pana Bogdana. „Spokojnie, przez 20 lat jak się kieliszek nie rozklei. Jak tata skleił, to na pewno zrobił dobrze” – odpowiada.
Mimo emerytury pracuje intensywnie. „Staram się nie zapomnieć, bo kiedyś miałem firmę zamkniętą z czynników zewnętrznych i przez trzy miesiące można zwariować. Jak nie można iść do pracy, to jest bardzo przykry moment. Także lepiej na emeryturę nie chodzić”.
Ile jeszcze planuje pracować? „Do śmierci rzemieślnik pracuje, czyli jeszcze te 20 lat pociągnę. Ja nigdy nie zrezygnuję, któregoś dnia zastaną moje skromne zwłoki tutaj i tyle, no i ktoś przyjdzie i będzie musiał posprzątać”.
Chętnie przekazałby wiedzę i warsztat, ale zawodu szklarza już właściwie nie ma. „Nikt nie chce zostać szklarzem. Każdy chce być ministrem albo dyrektorem”.
Na koniec pokazuje codzienną pracę mistrza. „Jak się załagodzi krawędź takiego szkiełka, to później można je spolerować i jest piękne i błyszczące. Akurat tu mamy w kolorze czerwieni. To jest trudny do uzyskania kolor. Szkło było spalane farbami szklistnymi”. Z takiego elementu powstanie figurka dekoracyjna, może nagroda dla zwycięzcy jakiegoś konkursu. „Czasem coś takiego sobie wyprodukuje. I każda jest inna. Staram się nie powtarzać takich elementów, żeby było jedyne w całej galaktyce. Także mam codziennie coś nowego”.
Tak niezwykłe miejsca nieustannie znikają z miejskiego krajobrazu. Dzisiaj łatwiej jest coś kupić niż naprawić. Niskie koszty produkcji i pęd świata wypierają ludzi niezwykłych i tak niecodzienne miejsca, jakim jest pracownia pana Bogdana Pietrowicza.
pż