Zdaniem Tomasza Rittera IV i V Koncert fortepianowy pokazują dwa bardzo różne oblicza Beethovena. – W czwartym koncercie mamy stronę bardzo łagodną, której być może nie okazywał na co dzień ludziom. Bardzo wrażliwą, a w pewnym sensie także tragiczną. Piąty koncert to z kolei tony bardzo wzniosłe, dostojne, tematy ogólnoludzkie, jak to u Beethovena bywa, braterskie, w pewnym sensie rewolucyjne. To zupełnie inna skala całego obrazu – mówił pianista.
Posłuchaj rozmowy w "Filharmonii Dwójki" >>>
Beethoven na Streicherze
Istotną częścią interpretacji jest wybór instrumentu. Tym razem oba koncerty zabrzmiały na fortepianie Streichera z 1851 roku, sprowadzonym specjalnie z Wiednia z kolekcji Gerta Hechera. Instrument jest późniejszy od tych, którymi dysponował Beethoven, ale – jak wyjaśnił Tomasz Ritter – pozwala znaleźć kompromis między historycznym brzmieniem a wymaganiami dużej współczesnej sali koncertowej.
Czytaj także:
– Ma bardzo jasny dźwięk. Jego młotki są jeszcze oklejone warstwą skóry, nie jest to sam filc, więc ma ogromną klarowność, bardzo zróżnicowane kolory między rejestrami i dzwonkową, srebrzystą górę klawiatury. Przy tym jest już pełniejszy w dźwięku, więc dla takiej sali jak Filharmonia Narodowa powinien spisać się dobrze – opowiadał pianista.
Wspólna myśl zamiast dyktatu solisty
W koncertach Beethovena granica między rolą solisty i osoby prowadzącej orkiestrę nie zawsze jest oczywista. Zespół przygotowała Martyna Pastuszka. Podczas wykonania część inicjatywy przejął również Tomasz Ritter. – Przez lata naszej współpracy mamy pewnego rodzaju niepisany, nieformalny system, w którym czasem przejmuję nieco ster. Wynika to z tego, jak te koncerty są napisane i z tego, jak fortepian wpisuje się w ich symfoniczność – mówił pianista.
Dla Martyny Pastuszki podstawą takiego sposobu pracy nie jest podporządkowanie orkiestry soliście, lecz znalezienie wspólnego sposobu myślenia o utworze. – Bardzo niesatysfakcjonująca jest dla mnie pozycja dyrygenta, który ma zarządzać pod dyktando i kaprysy solisty. Dla mnie to jest pewnego rodzaju logistyka muzyczna. Robienie wspólnej muzyki, kreowanie jej i powodowanie, że za każdym razem jest nieco inna, polega na wspólnej myśli. Tę wspólną myśl rzeczywiście udaje nam się z Tomaszem osiągnąć – podkreśliła w rozmowie.
– Tomasz jest niezwykle uważny. Jest czujny, uważny i też czuły – w znaczeniu wyrozumiałości i antycypacji tego, czego ktoś może od niego potrzebować. Ma ogromną rozdzielczość słuchania i umiejętność artystycznego podkładania swojej partii na przykład pod solówki instrumentów dętych – dodała szefowa artystyczna {oh!} Orkiestry.
"Ryzykuje się więcej"
Współpraca Tomasza Rittera i Martyny Pastuszki trwa już kilka lat. Wspólne koncerty sprawiły, że muzycy coraz lepiej znają swój język, reakcje i sposób budowania frazy. To z kolei daje możliwość odejścia podczas występu od rozwiązań ustalonych wcześniej.
– Odczuwamy pewnego rodzaju łatwość komunikacji, która niewątpliwie wpływa na większą śmiałość interpretacji. Kiedy zna się czyjąś wizję muzyczną, język, sposób działania, dynamikę ciała i przekazu, po prostu ryzykuje się więcej. Robi się większe tempo rubato, które byłoby niemożliwe przy pierwszym spotkaniu. Kiedy gra się z kimś dwa, trzy, cztery lata, przychodzi moment, w którym można spróbować tu i ówdzie ponaciągać muzykę agogicznie – tłumaczyła Martyna Pastuszka.
***
Rozmowa: Klaudia Baranowska
Data emisji: 3.09.2026
Godzina emisji: 21.10
Materiał wyemitowano w audycji "Letni Festiwal Muzyczny".
Oprac. zuzannachowaniec