Julia Hartwig wspomina dzieciństwo i debiut poetycki >>>
"Urodziłaś się w porze letniej obfitości, / Urodziłaś się w porze burz./ Co noc otwierał się i zamykał horyzont z łoskotem" – pisała w jednym z wierszy Julia Hartwig. Poetka, tłumaczka literatury pięknej z języków francuskiego i angielskiego, eseistka. Urodziła się w Lublinie 105 lat temu – 14 sierpnia 1921 roku. Jej ojciec – Ludwik – prowadził warsztat fotograficzny, zaś matka – Maria z domu Birjukow – zajmowała się domem i wychowywaniem pięciorga dzieci.
- Moi rodzice uciekli po rewolucji w Rosji do Polski i właściwie dosyć przypadkowo zatrzymali się w Lublinie. Nie mieli zamiaru tutaj pozostać, jednak w końcu zostali i bardzo przywiązali się do tego miasta. Do tego stopnia, że mój ojciec był człowiekiem bardzo szanowanym w Lublinie, był jednym z radnych. Jego firma fotograficzna, bo był fotografem, była znana i wiele rodzin do dziś przechowuje zdjęcia swoich dzieci z tego okresu - opowiadała Julia Hartwig w audycji z 2000 roku.
Między katolicyzmem a prawosławiem
Matka poetki była z pochodzenia Rosjanką i wyznawała prawosławie. W domu, poza nią, wszyscy byli katolikami – jak mówiła, był to przede wszystkim rezultat presji okoliczności, a także wpływu babki, której bardzo na tym zależało.
- Myślę, że mogła się czuć trochę osamotniona w tym swoim prawosławiu. Zresztą nie robiła wielkiej różnicy między prawosławiem a katolicyzmem i to mnie nauczyło ogromnej tolerancji i poczucia, że właściwie nie jest to taka wielka różnica. Matka, odprowadzając mnie do szkoły, zachodziła ze mną do kościoła na pacierz, a na wielkie święta prawosławne zabierała mnie z kolei do cerkwi. Nasłuchałam się bardzo pięknych chórów w cerkwi prawosławnej i spotkałam tam bardzo wielu ciekawych ludzi - wspominała.
Czytaj też:
Życie rodzinne Julii Hartwig
Julia Hartwig była najmłodszym dzieckiem, miała dwie starsze siostry oraz dwóch braci. Jeden z braci, Walenty, został cenionym lekarzem, profesorem medycyny. Drugi, Edward, był słynnym artystą-fotografem.
- Moi bracia dosyć się wsławili w późniejszych latach. Walenty został profesorem endokrynologii i właściwie założycielem tej nauki w Polsce. Istnieje nawet fundacja jego imienia, Narodowa Fundacja Endokrynologii im. W. Hartwiga. Edward przejął pracownię po ojcu, zresztą bardzo niechętnie, ponieważ przegotowywał się do kariery malarskiej. Ale byłby prawdopodobnie dosyć miernym malarzem, a fotografikiem został świetnym, znanym nie tylko w kraju, ale także za granicą - mówiła.
Przyjaźń z poetką Anną Kamieńską
Lublin był dla Julii Hartwig miejscem wyjątkowym również ze względu na ludzi, których tam spotkała. To właśnie w tym mieście poznała jedną ze swoich najbliższych przyjaciółek i przyszłą poetkę – Annę Kamieńską. Ich więź przetrwała całe życie.
- W Lublinie połączyłam się przyjaźnią z osobą, która towarzyszyła mi potem także w późniejszym życiu, w pewnej odległości, w pewnym dystansie czasu i miejsca. To była Anna Kamieńska. Obie już wtedy trochę pisałyśmy. Ta zabawna próba twórczości wypełniała jakoś życie pozaszkolne. Po dosyć wczesnej śmierci mojej matki chętnie korzystałam z gościnności domu pani Kamieńskiej. Czułam się tam jak w rodzinie. Chętnie przebywałam nie tylko w ich domu lubelskim, ale także w domu ich dziadka w Świdniku, gdzie spędzałyśmy czas na lekturach i na przekazywaniu sobie pierwszych prób poetyckich - mówiła w rozmowie z Witoldem Malesą.
W czasie okupacji niemieckiej przyjaźń ta okazała się szczególnie ważna. Hartwig, która była wówczas także kurierką Armii Krajowej, przewoziła w teren rozkazy dowództwa AK. Gdy Gestapo zaczęło jej poszukiwać, poetka musiała uciekać z Warszawy, w której wówczas przebywała. Schronienie znalazła właśnie u Anny Kamieńskiej w Nadleśnictwie Świdnickim. Tam doczekała końca okupacji i wkroczenia Armii Czerwonej do Lublina.
Hartwig i Czechowicz. Pierwsza lekcja poezji
Julia Hartwig debiutowała w maju 1936 roku. Właśnie wtedy, w lubelskim piśmie uczniowskim "W Słońce", po raz pierwszy opublikowała swój wiersz, podpisując się "Hartwiżanka".
- Zadebiutowałam mając 15 lat. Były to wierszyki, na które dzisiaj już wolę właściwie nie patrzeć, ale wiąże się to z pewnymi przeżyciami związanymi z pisarzami z prawdziwego zdarzenia. Mianowicie wiersze te czytał Józef Czechowicz i pamiętam, że miał taki bardzo szczególny sposób czytania wierszy debiutantów. Robił plusy i minusy przy każdym wersie, to znaczy czy jest on rzeczywiście potrzebny, czy jest dostatecznie dynamiczny albo obrazowy. I to była dla mnie taka nauka, że właściwie każdy szczegół w poezji się liczy - opowiadała Julia Hartwig.
***
Tytuł audycji: Głosy z przeszłości
Autor: Witold Malesa
Przygotowanie: Dorota Gacek
Data emisji: 10-14.08.2026
Godz. emisji: 12.45
oprac. Anna Myśliwiec