9 kwietnia na ekrany polskich kin wszedł kolejny animowany film twórców „Shreka” zatytułowany „Jak wytresować smoka”. Kto wie, czy – obok doskonałej fabuły, dopracowanej strony wizualnej (film jest dystrybuowany w wersji 3D) i bardzo dobrego dubbingu – największą jego zaletą nie jest fakt, że nie wywołuje prawie żadnych skojarzeń ze wspomnianym „Shrekiem”.
Przede wszystkim bohaterami filmu są ludzie i smoki; nie znajdziemy tu żadnych baśniowych stworów. W krainie wikingów smoki są po prostu przedstawicielami miejscowej fauny, równie oczywistymi jak owce, które porywają. Smoki również – podobnie jak owce – nie mówią. Już z pierwszych słów narratora a zarazem głównego bohatera, o którym za chwilę, dowiadujemy się, że sensem życia wikinga jest nieustanna walka z tymi pustoszącymi wioskę, ziejącymi ogniem (i nie tylko) gadami. Właśnie… najwyraźniej nie każdego wikinga. Główny bohater imieniem Czkawka - małoletni syn wodza wikingów, smoków zabijać nie chce, czym przyprawia ojca i siebie samego o nie lada utrapienie. Co gorsza, chłopak nie wierzy, że kiedykolwiek stanie się prawdziwym, a więc potężnym, brodatym, porywczym i budzącym grozę wikingiem. Tym niepokojom wieku dojrzewania i pragnieniu sprostania oczekiwaniom ojca towarzyszy odkrycie, że ze smokami można się dogadać, a nawet oswoić je! A to dopiero początek prawdziwych komplikacji.
Co do pozostałych występujących w filmie postaci, można powiedzieć jedno: są takie, jakie powinny być. Wikingowie są nieskomplikowani, prostoduszni i – z wyjątkiem kobiet i dzieci – wąsaci lub brodaci. Smoki natomiast prezentują się wiarygodnie zarówno w roli siejących postrach bestii, jak i oswojonych zwierząt domowych. Twórcom filmu należy pogratulować wyobraźni: różnorodność gatunkowa smoków jest ogromna, nie sposób policzyć sylwetek, ubarwień, typów uzębienia i innych smoczych atrybutów. Wszyscy (smoki, ludzie) i wszystko (domy i zabudowania gospodarcze w wiosce wikingów, nadmorskie pejzaże, okręty) wygląda w trójwymiarze doskonale. Udało się przy tym uniknąć nadmiaru ordynarnych „efektów”; sporo wysiłku natomiast zainwestowano z pewnością w dopracowanie wrażenia głębi, odtworzenie walorów faktur i płynności ruchu.
Na osobny pakiet superlatywów zasługuje dubbing, który w przypadku „Smoków” ma tę rzadką zaletę, że nie absorbuje widza kaskadami brawurowych skojarzeń słownych. Dialogi są dowcipne i proste zarazem, oraz doskonale słyszalne niezależnie od natężenia odgłosów tła. Psychologiczne sylwetki postaci są w polskiej wersji wyraziście zarysowane, tekst jest przy tym bardzo starannie przeczytany. Żaden z aktorów użyczających głosów postaciom nie zagrywa się i nie mizdrzy, nie popełnia zatem błędów, które na ogół owocują brutalnymi faulami na polszczyźnie.
Podsumowując: film ogląda się jednym tchem i z przyjemnością. Doskonałe kino familijne, chciałoby się napisać, gdyby nie obawa, ze określenie „kino familijne” może nie wzbudzić jednoznacznie pozytywnych skojarzeń. Tak czy inaczej: wychodząc z kina nie sposób uwolnić się od myśli, że czasem zamiast ukochanego jamnika, labradora, persa czy dachowca lepiej by było mieć smoka.
Łukasz Szumielewicz