Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Współczesne rytuały żałoby. "Or Gare" Stine Janvin i Morten Joh

Ostatnia aktualizacja: 26.03.2026 00:01
Or Gare Stine Janvin i Mortena Joha to surowa, hipnotyczna rekonstrukcja norweskich pieśni pogrzebowych, rozpięta między ludową tradycją a efemeryczną elektroniką. Słucha się jej, jakbyśmy w niej uczestniczyli, a jednocześnie, niczym zjawa, przyglądali się jej z dystansu.
Stine Janvin i Morten Joh
Stine Janvin i Morten JohFoto: mat.pras.

Istnieje osobna, niemal ukryta linia w muzyce współczesnej, która, czerpiąc z folkloru, nie tyle opisuje śmierć, co ją odprawia. To nie są albumy „o” żałobie, tylko jej narzędzia. W Polsce tę ścieżkę wyznaczali Jacaszek w Trenach czy Kwadrofonik z Adamem Strugiem na Requiem Ludowym – to próby uchwycenia rytuału, który rozgrywa się gdzieś między wspólnotą a ciszą, wykorzystujące to, co w kulturze (ludowej) jest obecne od dawna.

Podobne strategie odnajdziemy też poza Polską: w monumentalnym Mirror Reaper Bell Witch, które przyjmuje formę długiej, niemal liturgicznej mszy żałobnej; w organowych medytacjach Kali Malone naThe Sacrificial Code, gdzie muzyka staje się czystą przestrzenią kontemplacji; czy w ascetycznych, sakralnych dronach Sarah Davachi. To odsłona instrumentalna. Z kolei Funeral Folk Marii W Horn i Sary Parkman najbliżej sytuują się w tej północnej, ludowo-rytualnej osi – gdzie pieśń i dron spotykają się w jednym, powolnym geście przejścia.

Or Gare – funeral procession music from Ryfylke, Norway wpisuje się w ten nurt, ale robi to jeszcze bardziej radykalnie. Nie rekonstruuje, nie stylizuje – raczej wydobywa. Punktem wyjścia jest tu norweska tradycja liksong – pieśni prowadzących kondukt pogrzebowy przez wieś, dosłownie: odprawiających ciało zmarłego/zmarłej w zaświaty. Janvin i Joh traktują ją jak materiał archeologiczny: coś kruchego, fragmentarycznego, wymagającego nie tyle odtworzenia, co ponownego usłyszenia. Efekt przypomina napięcie, którego doświadczyłem ostatnio oglądając film Sound of Falling wyreżyserowanego przez Maschę Schilinskiego – to ciągłe niedopowiedzenie, poczucie, że coś się wymyka. Albo prozz Jona Fosse: obrazy sklejone z ciszy, gest pochylenia nad tym co przeminęło, żałoba jako proces bez wyraźnych granic. Tu nie ma kulminacji. Jest trwanie przy fakcie śmierci.

CZYTAJ TEŻ: Z fujarą, dudami i harfą. Nad rzekę, do Ameryki Południowej, z wykopalisk. Podsumowanie roku 2025: Jakub Knera

Album zaczyna się niemal niezauważalnie. Głos – odarty z ekspresji, prowadzony w tych charakterystycznych, „nieznośnie powolnych” interwałach – zawisa gdzieś pomiędzy tonacją durową i molową. Jakby nie chciał się określić. Jakby nie należał już do świata żywych. Z czasem pojawia się elektronika, ale nie jako kontrapunkt, tylko jako rozszerzenie przestrzeni. Syntezatory Mortena Joha nie budują melodii – raczej wypełniają szczeliny między głosami, tworząc coś na kształt akustycznej mgły. Pojawiają się gitarowe pogłosy Jules Reidy albo wiolonczelowe drony Lucy Railton. By the Grave działa właśnie na tej granicy: niemal cisza, która powoli – w lekko kwaśnej, rozstrojonej manierze – zaczyna narastać. Z kolei „Postlude” przynosi coś w rodzaju finału – miarowego, marszowego pulsu. Ale nawet on nie zamyka całości. Raczej sugeruje, że procesja trwa dalej, poza nagraniem.

Najmocniejszym gestem Or Gare jest jego struktura. To nie zbiór utworów, tylko ciąg zdarzeń rytualnych. Od momentu opuszczenia domu, przez przemarsz przez wieś, aż po sam grób. Każdy fragment pełni funkcję – jak element niepisanej liturgii. Elektronika wprowadza tu ciekawy efekt dystansu. Z jednej strony jesteśmy w środku procesji, idziemy razem z głosami. Z drugiej – dzięki tym „twinpeaksowym” syntezatorom – nagle unosimy się nad nią, jakby z perspektywy zewnętrznej, niemal filmowej. Tu kojarzy mi się ta muzyka z Empuzjonem Olgi Tokarczuk: jednoczesne uczestnictwo i obserwacja, bliskość i obcość. W „Passing Neighbours” głos Janvin zostaje dodatkowo odhumanizowany – przepuszczony przez vocoder, autotune, efekty. Brzmi jak głos zjawy, coś pomiędzy wspomnieniem a obecnością. Nie wiadomo, czy to jeszcze śpiew, czy już echo. Ten zabieg przesuwa całość w stronę czegoś, co można by nazwać nową, elektroniczną liturgią.


Stine Janvin od lat traktuje głos nie jako nośnik emocji, lecz jako surowiec dźwiękowy. W Or Gare ten sposób pracy osiąga szczególną intensywność. Jej śpiew jest celowo spłaszczony, pozbawiony dramatyzmu, momentami wręcz „neutralny” – co tylko wzmacnia jego funkcję rytualną. Dzięki zastosowaniu efektów (Boss DD500, Autotune, vocoder) głos zostaje rozciągnięty poza ludzką skalę – jednocześnie archaiczny i nieludzko nowoczesny. Janvin i Joh reanimują dziewięć pieśni z tradycji Ryfylke, ale nie w sensie rekonstrukcji. Raczej przestrojenia – jakby dawna liturgia została odtworzona w przestrzeni lekko buczącej, zelektryfikowanej kaplicy.

Instrumentarium (Korg Polysix, Sequential Take 5, SuperCollider, przestrojony wibrafon, delaye taśmowe) nie służy tu budowaniu „nowoczesności” dla niej samej. Elektronika działa jak medium pamięci – coś, co pozwala dawnym formom wybrzmieć w nowym kontekście. To właśnie ona wprowadza najciekawsze napięcie: między tym, co ludowe i wspólnotowe, a tym, co zdehumanizowane, niemal abstrakcyjne. Raz jesteśmy częścią procesji, raz patrzymy na nią jak na zapis, archiwum, rekonstrukcję.

Or Gare to w gruncie rzeczy cichy, ale radykalny gest: przywrócenie muzyce funkcji towarzyszenia śmierci. Nie jako ilustracji, nie jako ekspresji, ale jako działania. To album, który nie tyle się „słucha”, co przechodzi. Jak drogę, procesję.



Jakub Knera

STINE JANVIN / MORTEN JOH

Or Gare – funeral procession music from Ryfylke, Norway

Krets / Futura Resistenza 2026

Ocena: 5/5

***

Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.

 


Czytaj także

Songhoy Blues, malijski bluesowy bunt

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2023 13:00
Garba Touré ze swoją gitarą byli znajomym widokiem na ulicach Diré, zakurzonego miasta nad brzegiem rzeki Niger, w górę rzeki od Timbuktu. Kiedy wiosną 2012 roku uzbrojeni dżihadyści przejęli kontrolę nad północnym Mali, wiedział, że nadszedł czas, by wyjechać.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Folk i muzyka świata 2024: najlepsze płyty wg Łukasza Komły

Ostatnia aktualizacja: 28.12.2024 14:19
Wiele się wydarzyło w muzyce ze świata z niezliczonych pograniczy, ale na coś trzeba było się zdecydować, więc przestawiam destylat z tego, co mnie zachwyciło w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. 
rozwiń zwiń