Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Pieśni po niespełnieniu. „Motanka” Magdy Kuraś i jej kwintetu 

Ostatnia aktualizacja: 27.08.2026 00:01
Wesele, które nie zapowiada szczęścia, rośliny ukrywające znaczenia i rzeka zabierająca to, kim mieliśmy się stać. „Motanka” Magdy Kuraś Quintet wykorzystuje język dawnej pieśni, by stworzyć bardzo współczesną opowieść o niespełnieniu, utracie i życiu po miłości.

Kiedy trzy lata temu pisałem o „Tryptyku biłgorajskim”, debiutanckiej płycie Magda Kuraś Quintet, nazwałem ją rytuałem utraty – opowieścią o nieudanej miłości, w której dawne pieśni zostają przetłumaczone na język współczesnej improwizacji. Zespół wychodził wówczas od materiału tradycyjnego, ale nie próbowali go rekonstruować. Interesowało ich raczej to, że historie o zawodzie, tęsknocie czy pogodzeniu się ze stratą powracają w kolejnych pokoleniach. Tryptyk biłgorajski był zawieszony pomiędzy folkiem i improwizacją, pieśnią i słuchowiskiem, bohaterka rozmawiała to z sobą to z duchem, narratorem czy jej alter ego.
„Motanka” wyrasta z podobnej wrażliwości, ale wykonuje istotny krok dalej. Tym razem Magda Kuraś śpiewa własne teksty. Zamiast przekładać zastaną tradycję na współczesny język, tworzy więc coś w rodzaju własnego folkloru – pieśni, które mogłyby istnieć od dawna, choć powstały dzisiaj. To sprawia, że drugą płytę kwintetu można potraktować niemal jak koncept album: kolejną historię o miłości, stracie i przemianie, opowiadaną poprzez naturę, jej cykle i symbolikę.

CZYTAJ: Tryptyk biłgorajski o nieudanej miłości

Już otwierające album „Wesele” jest prawdopodobnie jednym z najlepszych początków płyty, jakie słyszałem od dawna. Trwa zaledwie kilkanaście sekund: słyszymy gwar, śpiew, strzępy skocznej muzyki, jakby mikrofon znalazł się w środku wiejskiej zabawy. Jest w tym coś z wesela, ale i z reminiscencji filmów Wojciecha Smarzowskiego – niepokojący powidok wydarzenia, które powinno oznaczać początek czegoś nowego, choć od razu przeczuwamy, że nic dobrego z niego nie wyniknie. Ten hałas jeszcze wróci, na kilka sekund, w utworze tytułowym, spinając album klamrą pamięci.

Bo „Motanka” opowiada właściwie o tym, co pozostaje po. Po miłości, obietnicy, nadziei. Kuraś buduje tę historię poprzez obrazy, które brzmią archaicznie, ale nie są archaiczne. „Wysuszyłeś mnie miły do łez”, „zapyliłeś nadzieję, że mogę być dniem”, „zebrałeś mnie w bólu” – śpiewa w „Wiesiołku”. Język jest celowo stylizowany, chwilami przypomina tekst ludowej pieśni, ale właśnie dzięki temu wyrywa opowiadaną historię z konkretnego czasu. Wiesiołek, kojarzony z nadzieją, świeżością i tym, co przejściowe, staje się tutaj kolejnym elementem prywatnej mitologii albumu.

Roślinna symbolika przewija się przez całą płytę. Jest dziewanna – roślina, której nazwa odsyła również do słowiańskich wyobrażeń związanych z dziką przyrodą. Jest wrotycz, tradycyjnie wiązany z ochroną, oczyszczeniem czy nieśmiertelnością. Natura nie pełni jednak funkcji dekoracyjnej. Kuraś wykorzystuje ją jako język do opowiadania o emocjach. Człowiek zostaje wpisany w cykle wzrostu, kwitnienia, usychania i odradzania się; uczucia można zasiać, zapylić, zebrać albo pozwolić im zwiędnąć.

Najbardziej przejmująco działa to w „Splecionych dłoniach”, gdzie pogodzenie się z losem przybiera niemal kategoryczną, tragiczną postać. Pojawia się ciemna rzeka, zwiędły sznur, sól łez i gliniane naczynie. Rzeka zabiera bohaterce to, kim miała się stać, ale jednocześnie przypomina, że od lat płynie tym samym nurtem życia. Nie ma tu łatwego pocieszenia. Jest raczej świadomość przemiany i konieczności dalszego ruchu.

Muzyka bardzo dobrze rozumie tę oszczędność. Zespół nie próbuje budować monumentalnego „jazz-folku”. Perkusja Jakuba Krzanowskiego jest miarowa i powściągliwa, wspiera go Ziemowit Klimek na kontrabasie, a skrzypce Tomasza Chyły czasem wyróżniają się pojedynczymi pociągnięciami. Wokale potrafią stać się podstawowym budulcem kompozycji. W „Dziewannie” głos Świniarskiego jest multiplikowany, przechodzi od pojedynczej wypowiedzi do nawarstwionych fraz, jakby jedna myśl zaczynała obrastać kolejnymi, aż zamienia się w kłąb wewnętrznych głosów. Dopiero na tej podstawie pojawia się wokal Kuraś – z głosem donośnym, przejmującym, trochę lamentującym. W „Motance” ów głos nie musi już wyłącznie opowiadać, staje się materią muzyczną, rytmem, szumem myśli, chórem. Podobnie działa przywoływany kilkukrotnie odgłos wesela – nie jako field recording, ale ślad czegoś minionego.

CZYTAJ: Brudny i bez zasad. FolkJazz z korzeni z Magda Kuraś Quintet

W innych momentach na pierwszy plan wychodzi jazzowa natura zespołu. Skrzypce Chyły w „Wrotyczu” – gdzieś na przecięciu folkowej melodyjności z nerwem kojarzącym się z Michałem Urbaniakiem czy Zbigniewem Seifertem – dodają muzyce lekkości. Kuraś i Świniarski potrafią natomiast zabrzmieć niemal chóralnie. Zespół cały czas balansuje pomiędzy kilkoma porządkami: jazzem, folkiem, improwizacją, pieśnią i słuchowiskiem.

Można oczywiście zżymać się, że Kuraś z zespołem znowu śpiewa o nieudanej miłości, rozpaczy, utracie i próbie pogodzenia się z tym, co się wydarzyło. Ale właśnie tutaj widać, jak konsekwentnie buduje z zespołem własny język. I chyba właśnie na tym polega największa siła „Motanki”. To muzyka stylizowana, ale nie kostiumowa; folkowa, ale nie folklorystyczna. Kwintet zachowuje się chwilami jak współczesna wiejska orkiestra zbudowana nie tyle z konkretnych tradycji muzycznych, ile z doświadczeń, zakorzenionych w naturze, miejscu w które można uciec, kiedy zostajemy z niespełnionymi planami.

Gdyby ktoś nie znał kontekstu, mógłby czasem pomyśleć, że słucha nagrań odkopanych po kilkudziesięciu latach. Paradoksalnie właśnie dzięki temu „Motanka” brzmi współcześnie. Kuraś i jej zespół nie próbują aktualizować tradycji na siłę. Pokazują raczej, że pewnych historii nie trzeba aktualizować. Rozstanie, tęsknota, nadzieja, rozczarowanie i pogodzenie się ze stratą brzmią podobnie, niezależnie od tego, czy przeżywa się je na wsi pół wieku temu, czy dzisiaj w wielkim mieście. Na „Tryptyku biłgorajskim” po nieudanych plonach pozostawała możliwość, żeby zasiać jeszcze raz. „Motanka” zaczyna się od wesela, ale opowiada przede wszystkim o tym, co dzieje się później. Natura pozwala spojrzeć na tę historię z dystansu: wszystko wzrasta, przekwita, usycha i kiedyś zaczyna się od nowa. Człowiek – niezależnie od epoki – pozostaje częścią tego samego cyklu.

Jakub Knera

Magda Kuraś Quintet

"Motanka"

Alpaka Records 2026


***

Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.

 


Czytaj także

Songhoy Blues, malijski bluesowy bunt

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2023 13:00
Garba Touré ze swoją gitarą byli znajomym widokiem na ulicach Diré, zakurzonego miasta nad brzegiem rzeki Niger, w górę rzeki od Timbuktu. Kiedy wiosną 2012 roku uzbrojeni dżihadyści przejęli kontrolę nad północnym Mali, wiedział, że nadszedł czas, by wyjechać.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Folk i muzyka świata 2024: najlepsze płyty wg Łukasza Komły

Ostatnia aktualizacja: 28.12.2024 14:19
Wiele się wydarzyło w muzyce ze świata z niezliczonych pograniczy, ale na coś trzeba było się zdecydować, więc przestawiam destylat z tego, co mnie zachwyciło w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. 
rozwiń zwiń