Rosja od początku była głównym beneficjentem izolacji Iranu i objęcia go sankcjami, choć oficjalnie mówiła co innego. Iran mógłby być konkurentem Rosji na rynku energetycznym. Nie jest – sankcje go dusiły, a infrastruktura dusi go od środka. Kraj, który ma jedne z największych zasobów gazu ziemnego na świecie, właściwie nie liczy się jako eksporter tego surowca, a dziś mówi się nawet o ryzyku utraty energetycznej samowystarczalności.
Nic dziwnego, że Irańczycy protestują. Najnowsza fala, która pojawiła się pod koniec grudnia, jest skutkiem narastającego zubożenia społeczeństwa. Sankcje mają w tym swój udział, a część elit ma świadomość, że bez dogadania się z Zachodem będzie coraz gorzej. Obecny system ma zwolenników – w aparacie państwa i wśród tych, którzy czerpią z niego korzyści. Ale jeśli ktoś sądzi, że Islamska Republika zaraz upadnie, Chamenei ucieknie „do Moskwy”, a do kraju wróci syn ostatniego szacha Reza Pahlawi, by wprowadzać demokrację, ten myli życzeniowe myślenie z analizą.
Protesty w Iranie wybuchają regularnie co kilka lat od 1999 r., gdy po raz pierwszy strajkować zaczęli studenci. Największe fale miały miejsce w 2009 i 2022. W 2009 r. na czele stanął Mir-Hosejn Musawi, dawny premier, a poparła go część duchowieństwa. Odpowiedzią były represje. W 2022 r. iskrą była śmierć Mahsy Amini po zatrzymaniu przez policję obyczajową. Skala protestów wynikała jednak z tego, że ludzie mieli dość zarówno obyczajowych rygorów odziedziczonych po rewolucji 1979 r., jak i ekonomicznego upadku kraju. Islamska Republika przetrwała, stosując represje, ale część elit zrozumiała, że trzeba otworzyć się na inwestycje i ograniczyć policyjny rygor w życiu codziennym.
Oficjalny kurs nadal wskazywał Rosję i Chiny jako „największych przyjaciół”, a w kręgach twardogłowych roiły się wizje antyzachodniego sojuszu. Tyle że Irańczycy nigdy nie pałali specjalną miłością do Rosji, a układ z Chinami od początku budził krytykę, także wśród ludzi związanych z władzą. Najgorzej Iran wyszedł na dostarczeniu Rosji dronów, które ta użyła przeciw Ukrainie. W zamian Teheran liczył na S-400 i Su-35, czyli rosyjski system obrony przeciwlotniczej i myśliwce, ale realnie dostał niewiele. Moskwa grała po swojemu: w Syrii tolerowała izraelskie naloty na irańskie pozycje i nie czuła potrzeby, by się Iranowi odwdzięczać.
Z czasem coraz więcej osób w elitach irańskiej władzy zaczęło rozumieć, że liczenie na taki „sojusz” było błędem. Ale dogadanie się z Zachodem napotyka też opór z drugiej strony. Izrael konsekwentnie stara się blokować porozumienie i przekonywać Amerykanów, że reżim zaraz upadnie. Tyle że alternatywa, którą podsuwają, bywa groteskowa: Reza Pahlawi jako demokratyczny zbawca albo Maryam Radżawi i jej Mudżahedini Ludowi, którzy jeszcze niedawno mieli w USA łatkę organizacji terrorystycznej. Do tego dochodzi popieranie separatystów i krążące mapki „rozbioru” Iranu, co odstrasza większość Irańczyków. Ani Pahlawi, ani Radżawi nie mają realnego poparcia w kraju.
Prawda jest taka, że Izrael chce w Iranie chaosu, a nie tego, by Teheran dogadał się z Zachodem i porzucił autodestrukcyjny kurs prochińsko-rosyjski. Dla Rosji zaś każda eskalacja obejmująca Iran jest korzystna, bo oznacza dalszą izolację Iranu, wyłączenie go z rynku energetycznego oraz wciąganie USA w bliskowschodnie bagno. Dobrze byłoby, gdyby zarówno Iran, jak i Zachód wreszcie to zrozumieli i się dogadali.
Witold Repetowicz, ekspert ds. Bliskiego Wschodu, geopolityki i terroryzmu, adiunkt na Akademii Sztuki Wojennej