X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Muzyka

Pierończyk Adam

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2008 12:52
Paradoksalnie drogę do jazzu otworzyła mi muzyka alternatywna - mówi Adam Pierończyk, jeden z najlepszych polskich saksofonistów.
Jazz Nomades Festival, Paryż, Francja, fot. H. Bozzi.

Adam Pierończyk należy do ścisłej jazzowej czołówki w naszym kraju. Trzykrotnie wybierany najlepszym saksofonistą sopranowym (2003, 2004, 2006) przez Jazz Forum, jak sam mówi stara się zachowywać dystans do rokrocznie zdobywanych wyróżnień. Niedawno gościł na jednym z najważniejszych festiwali jazzowych w Europie – North Jazz Festiwal w Rotterdamie. Oprócz niego Polskę reprezentował tam Zbigniew Namysłowski i Tomasz Stańko i choćby patrząc na metryki trójki panów widać do kogo należy przyszłość polskiego jazzu. O wielkim talencie Adama Pierończyka mogli się też przekonać wszyscy ci, którzy zebrali się na koncercie jego trio podczas trwania tegorocznego festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.

"Muzyka zajmuje integralne miejsce w moim życiu, bo tak naprawdę wszystko jest jej podporządkowane. Podróże, nagrania… a jak już jestem w domu, co oczywiście też bardzo lubię, to muszę cały czas pielęgnować instrument, formę… Ważny jest dla mnie rozwój osobisty, gdyż ciągle mam wrażenie, że jestem uczniem, młodym gówniarzem, który się uczy i myślę, że fajnie by było, żeby tak po prostu pozostało, żebym mógł się jak najbardziej rozwijać i miał do tego szansę i możliwości".

CHCESZ WIĘCEJ KULTURY? POSŁUCHAJ SERWISU!

Z Adamem Pierończykiem rozmawiał Petar Petrović.

Od ponad dziesięciu lat zajmuje się Pan profesjonalnie muzyką. Na Pana koncie można znaleźć wspólne projekty z wieloma interesującymi muzykami. Pochodzi Pan z umuzykalnionej rodziny, dlatego ciekawią mnie muzyczne początki, inspiracje i wzory…

Mój ojciec jest również saksofonistą i klarnecistą, grywa też czasem na fortepianie. Obecnie udziela się jako pedagog i prowadzi kilka amatorskich orkiestr. Już od dziecka miałem rewelacyjne warunki muzyczne, gdyż  mój ojciec grał w orkiestrze wojskowej i zabierał mnie bardzo często ze sobą na próby. Zdarzało się, że między próbami muzycy grali w karty i wtedy miałem trochę czasu na to by poszperać po olbrzymim pomieszczeniu, w którym wisiały wszystkie instrumenty: dęte, blaszane, drewniane, łącznie z perkusyjnymi. Do dzisiaj pamiętam ten specyficzny zapach mieszanki filcu z pastą do czyszczenia instrumentów… Pamiętam, że będąc dzieckiem byłem bardzo dumny kiedy orkiestra miała przemarsze przez Braniewo. Mój ojciec szedł w pierwszych rzędach i zawsze z kolegami biegliśmy za orkiestrą.

A. Pierończyk, Warsaw Summer Jazz Days, 2007, fot. P. Petrović.

Zaczął Pan jednak swoją przygodę z muzyką od fortepianu, prawda? Czy był Pan do tego "zmuszony" przez rodziców? Kiedy wybrał Pan saksofon jako swój podstawowy instrument?

Oprócz ojca, także dziadek i jeszcze kilkoro członków mojej rodziny miało kontakt z muzyką. W pewnym sensie byłem zobligowany do tego by grać na jakimś instrumencie, no i gdy miałem osiem lat rodzice wybrali dla mnie fortepian. Rokowałem duże nadzieje, brałem udział w przeglądach, lecz po trzech latach nauki zbuntowałem się. Spędzałem cale godziny na ćwiczeniach, a nie miałem na to zbytniej ochoty, tym bardziej, że koledzy w tym czasie mogli bez ograniczeń biegać za piłką. Rodzice byli bardzo rozczarowani i powiedzieli, że jak dorosnę to wtedy zrozumiem, że popełniłem błąd i będę tego żałował. No i rzeczywiście, po kilku latach okazało się, że mieli rację, choć nie do końca. Moja decyzja wpłynęła bowiem pozytywnie na moją grę na saksofonie i generalnie na podejście do muzyki. Na tym instrumencie zacząłem grać bardzo późno, mając niespełna osiemnaście lat. Była to jednak tym razem moja i tylko moja decyzja. Niewykluczone, że dzisiaj właśnie dzięki temu bardziej doceniam muzykę i to, że mogę funkcjonować jako profesjonalny muzyk niż koledzy, którym przyszło to łatwiej i którzy zaczęli przygodę z muzyką w bardzo młodym wieku. Kiedy miałem osiemnaście lat większość ludzi z mojego otoczenia mówiło, że to już za późno na karierę zawodową, no więc ja się spiąłem i ćwiczyłem od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie i wydaje mi się, że udało mi się dzięki temu dosyć dużo nadrobić, dlatego bardzo się cieszę, że mogę obecnie funkcjonować jako zawodowy muzyk.

Jakie były w młodości, oprócz pasji ojca, Pana muzyczne inspiracje?

Moją główną kopalnią dźwięków w młodości było śledzenie list radiowych przebojów. Zanim zaczęła się przygoda z jazzem miałem oczywiście swój etap fascynacji punkiem, popem lat osiemdziesiątych. Słuchałem Depeche Mode i elektroniki, jak Jane'a Michela Jarre'a i pamiętam, że byłem permanentnie zasłuchany w radiu i nie rozstawałem się ani na chwilę z magnetofonem kasetowym, zwłaszcza podczas trwania sobotniej list przebojów Marka Niedźwieckiego. Oprócz tego udzielałem się jako dj, słuchałem też muzyki dyskotekowej, brałem raz udział jako tancerz w konkursie break dance…

Warsaw Summer Jazz Days, 1998, fot. J. Bebel.

A jak doszło w takim razie do zainteresowania się jazzem? Płyty? Koncerty?

Paradoksalnie drogę do jazzu otworzyła mi muzyka alternatywna, new wave np. The Cure czy The Cash i muzyka punkowa. Będąc jeszcze w liceum, w Polsce założyłem ze znajomymi zespół new wave, w którym grałem na gitarze i pianinie. Pomyślałem, że naszemu brzmieniu przydałby się klarnet czy saksofon, a z racji tego, że obydwa te instrumenty leżały w domu, droga do ich wyboru była bardzo prosta i krótka. Tak się zaczęła przygoda z saksofonem, ale wiadomo, że jeśli chce się grać na saksofonie i chce się grać dobrze, to najlepszą szkołą jest właśnie jazz i tak rozpoczęła się moja przygoda z muzyką jazzową. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było wykupienie wszystkich płyt analogowych z muzyką jazzową jakie były w księgarniach u nas w Braniewie. Było to w sumie może kilkadziesiąt płyt, prawie cała kolekcja polskiego jazzu łącznie ze Zbyszkiem Namysłowskim i Tomkiem Stańką i kupa innych zespołów, także związanych z muzyką tradycyjną, a oprócz tego czeskie, enerdowskie zespoły dixieland. Na samym początku naśladowałem proste melodie, które wygrywał Kazik w Kulcie, czy Mateusz Pospieszalski w Voo Voo i tak się zaczęła przygoda z jazzem.

Czy pierwszym Pana nauczycielem był ojciec? Czy wybaczył Panu porzucenie fortepianu?

Ojciec… tak jak mówiłem rodzice byli bardzo oburzeni, że rzuciłem fortepian, ojciec wręcz powiedział, że teraz to on mi już w ogóle pomagać nie zamierza. Nie wierzyli w to, że ja się będę przykładał do gry i że pewnie skończę z tym tak samo szybko jak to było w przypadku fortepianu. Bardzo mnie ich postawa zirytowała, jako młody człowiek nie mogłem tego zrozumieć. Z perspektywy lat myślę, że ich niewiara we mnie była dla mnie jeszcze większą motywacją, czymś w rodzaju „ja wam pokażę”.

[----- Podzial strony -----]

A. Pierończyk, 2003, fot. Paweł Kuraszkiewicz.

Oglądając Pana dyskografię zaskakuje tak wielka liczba muzyków niemieckich, z którymi Pan współpracował już od swojego debiutu płytowego "Water Conversation" z 1995 roku w zespole Temathe.

Mój ojciec pochodzi z Górnego Śląska. Gdy miał szesnaście lat wyjechał do Elbląga, do szkoły muzycznej przy szkole wojskowej. Poznał tam moją mamę, postanowił zostać i ja się tam urodziłem. Większość rodziny ze strony ojca, wyjechała dosyć wcześnie do Niemiec Zachodnich i w pewnym momencie moi rodzice postanowili, że i oni do nich dołączą. Ja miałem wtedy niespełna osiemnaście lat i byłem trochę pomiędzy młotem i kowadłem. W Braniewie, w liceum, zaraz miałem mieć maturę. Nie byłem wtedy jednak na tyle samodzielny by zdecydować się zostać w Polce samemu. Zostałem więc w pewnym sensie wyrwany z korzeniami i wyjechałem razem z rodzicami do Niemiec. Uczęszczałem tam na intensywny kurs języka niemieckiego, w ciągu dwóch lat zdałem maturę i studiowałem w Wyższej Szkole Muzycznej na wydziale jazzowym. Po kilku latach wróciłem do Polski, potem znowu mieszkałem z dwa, trzy lata w rożnych miastach w Niemczech, a następnie znowu wróciłem do Polski.

Jaki moment w swojej karierze uważa Pan za przełomowy?

Wydaje mi się, że dużo wydarzyło się podczas mojej intensywnej współpracy z Leszkiem Możdżerem. Poznaliśmy się na jakichś festiwalach i najpierw ja mu zaproponowałem współpracę, ale on wtedy nie miał czasu, potem przez pewien czas jakoś ciężko nam było się spotkać. W końcu do tej współpracy doszło i Leszek zaprosił mnie do nagrania płyty swojego sextetu, z nieżyjącym już Jackiem Olterem na perkusji, z Adamem Kowalewskim na basie, Maćkiem Sikałą na saksofonie, Piotrem Wojtasikiem na trąbce i Leszkiem na fortepianie… to było "Talk to Jezus"… tak. Wtedy też zrodził się pomysł na nasz duet, w którym zagraliśmy bodajże kilkaset koncertów i zjeździliśmy sporą część świata. Wydaje mi się, że właśnie w tych czasach moje nazwisko zaczęło się robić coraz bardziej znane. W pewnym momencie zauważyłem, że nie opłaca się co dwa tygodnie kursować pomiędzy Niemcami i Polską i dlatego postanowiłem w 1996 roku, po zakończeniu studiów, przenieść się na dłuższy czas do Polski. Mieszkałem trzy lata w Warszawie, później w Lipsku i w Berlinie, a teraz od ponad czterech lat mieszkam w Krakowie.

Czy myśli Pan, że w przyszłości dojdzie jeszcze do współpracy z Leszkiem Możdżerem? Zapisali Panowie wspólnymi występami ładną kartkę w historii polskiego jazzu…

Niewykluczone, choć przyznaję, że nasze drogi muzyczne bardzo się rozeszły. Leszek jest pod względem muzyki w całkiem innym miejscu niż jestem ja. Te światy są na pewno dosyć odległe pod względem muzycznym, aczkolwiek wydaje mi się, że ja i on mamy dla siebie zachowane coś w rodzaju ponadczasowego kredytu. Są nawet jakieś wstępne propozycje koncertów naszego duetu na listopad, grudzień, także w Krakowie, nie jestem pewien czy to dojdzie do skutku, to są tylko wstępne plany.

A. Pierończyk, Gdańsk, 2002, fot. Jerzy Czarkowski.

No właśnie trio… Jaka jest dla Pana optymalna liczba osób w zespole, bo właśnie w takiej konfiguracji nagrał pan świetną płytę z braćmi Olesiami, czy z Jackiem Kochanem i teraz od jakiegoś czasu, też koncertuje Pan w trio.

Bardzo lubię grać w takiej formacji. Postanowiłem sobie, że jeśli będę miał na tyle mocne nazwisko i mocną pozycję finansową na rynku, żebym mógł sobie pozwolić na robienie materiałów z fortepianem, takim bardzo dobrej jakości, to wtedy zdecyduję się na quartet z fortepianem. Natomiast trio jest składem bardzo oszczędnym i mobilnym, bo w możemy zagrać w każdym miejscu. Każdy z muzyków kontrabasista, saksofonista, perkusista, przywozi z sobą swoje instrumenty. Taki skład przede wszystkim oferuje niesamowitą wolność, jeżeli chodzi o środki wyrazu, ale wymaga też wielkiej dyscypliny, bo wydaje mi się, że jeżeli muzyka w trio tworzona jest bez koncepcji to szybko może stać się po prostu nudna.

W XXI wiek wszedł Pan płytami, które zdziwiły nie tylko krytyków, ale mogły też zadziwić Pana wypróbowanych fanów. "Digivooco" i "Amusos" to dwie płyty, na których możemy usłyszeć inspirację muzyką elektroniczną, klubową i orientalną.

W tym okresie słuchałem bardzo dużo muzyki elektronicznej, ambient, drum & bass. Ona mnie w pewnym sensie bardzo rozwinęła pod względem instrumentalnym i pod względem generalnego spojrzenia na muzykę, również na improwizację i muzykę akustyczną, muzykę jazzową. Wydaje mi się, że muzyka tworzona na komputerach rozwija się o wiele ciekawiej i o wiele szybciej, niż muzyka tworzona na instrumentach akustycznych. Większość tych instrumentów powstała bowiem ponad sto lat temu i ciężko od nich oczekiwać jakiejś rewolucji brzmieniowej. Natomiast komputery rozwijające się w tak gigantycznym i galopującym tempie, sprzyjają powstawaniu nowych stylów muzycznych. Staram się tworzyć pod wrażeniem chwili i ponieważ w tamtym okresie miałem dużo do czynienia z muzyką elektroniczną, to pomyślałem sobie, że ciekawym zabiegiem było by wplecienie tego w muzykę, którą tworzę. To nie była jednak aż taka ingerencja jakiej przestraszyli się niektórzy dziennikarze czy fani, bo uważam, że te dwie płyty, brzmiały mimo wszystko po mojemu i w dalszym ciągu dominuje tam muzyka akustyczna – moja muzyka.

Warsaw Summer Jazz Days, A. Pierończyk i B. McFerrin, 2002, fot. M. Dusza.

Na Warsaw Summer Jazz Days w 2002 roku zagrał Pan z Bobbiem McFerrinem, pamięta Pan ten wspólny występ?

To było coś rewelacyjnego, choć jeśli chodzi o mnie to spotkanie z Bobbiem McFerrinem trwało jakieś dziesięć minut. On ustalił sobie taką koncepcję podczas swojej światowej trasy solo, by w każdym miejscu, w którym będzie, zagrać, poprosić organizatorów o to by na jego  koncert zaprosili kilka zespołów, muzyków, o których nic nie wiedział. To jest rzeczywiście coś co trzeba bardzo docenić, to świadczy o wielkiej, niesamowitej suwerenności tego artysty. Ja go spotkałem w hotelu, przedstawiliśmy się sobie i powiedziałem, że dzisiaj gramy razem, a on, że to fajnie i tyle. Tak że nie było żadnych prób żadnych ustaleń, nic. On dopiero poznawał wszystkich na scenie. To jest rzeczywiście wielkie ryzyko. Ze wszystkich wątków wyszedł wspaniale, ze mną chyba jako z jedynym muzykiem mógł sobie poimprowizować. Ja się nie ograniczałem on się nie ograniczał, było to dziesięć minut intensywnej i ciekawej muzyki. Jeśli ludziom wydaje się, zwłaszcza jeśli nie mają za dużo pojęcia o muzyce jazzowej, że Bobby McFerrin to tylko "Don’t wory be happy" to są w poważnym błędzie. To jest naprawdę świetnie wykształcony, otwarty i poważny muzyk.

[----- Podzial strony -----]

A. Pierończyk, fot. P. Petrović.

Na ostatniej Pana płycie "Busem po Sao Paolo" słychać pewien bardzo dziwny instrument – zaucra, grywa Pan też na nim podczas swoich koncertów. Skąd pomysł by urozmaicić swoją płytę takim orientalnym brzmieniem?

Przywiozłem ten instrument kilka lat temu z Tunezji. Wcześniej coś takiego kupiłem w Turcji, ale był on przeznaczony tylko dla turystów i w ogóle nie dało się na nim grać. Wtedy postanowiłem, że przy następnej okazji, gdy będę w jakimś arabskim czy orientalnym kraju to będę starał się kupić taki instrument bezpośrednio od muzyka, którego wcześniej usłyszę jak na nim gra. Dopiąłem swego w Tunezji. To było na Saharze, grał jakiś ciekawy zespół, po koncercie podszedłem do muzyka i spytałem go wprost czy byłoby możliwe bym od niego ten instrument odkupił i on po krótkim namyśle mi go sprzedał. Jest to po prostu instrument, który pozwala mi na kilka minut podczas koncertu zmienić barwę całości i nastrój. Nie uważam siebie jednak za jakiegoś mistrza zaucry. Jest to bardzo przenikliwy instrument, dający wyższy dźwięk niż saksofon sopranowy. Mój pomysł na wykorzystywanie tego instrumentu  nie jest aż taki oryginalny ponieważ nie dość, że jest on rozpowszechniony w wielu regionach na świecie, począwszy od Chin, przez Maroko czy Tunezję, to grywał na nim m.in. Dewey Redman, ojciec saksofonisty Joshuy Redmana. Uczyłem się na nim grać trochę intuicyjnie, trochę od pewnego marokańskiego muzyka, którego grę nagrałem i który pokazał mi chwyty. Są one trochę podobne jak na flecie. Raczej wykorzystuję ten instrument intuicyjnie niż do popisywania się.

Jak wyglądało nagranie tej płyty i czemu wybrał Pan Sao Paolo na miejsce jej nagrania?

Płytę tę nagraliśmy dwa lata temu w czasie dziesięciodniowej trasy koncertowej po Brazylii.  Pomyślałem, że skoro jedziemy po raz pierwszy na tak egzotyczny kontynent jakim jest dla nas Ameryka Południowa i tak egotycznego kraju jakim jest Brazylia, to dlaczego by nie poświecić dwóch, trzech dni i na miejscu nie wejść do studia i nie nagrać materiału. Byłem pewien, że wpłynie to w jakimś stopniu na naszą muzykę, ale to co przeczytałem po jej wydaniu w części recenzji, zwłaszcza zagranicznych, że na płycie znajdują się interpretację muzyki indiańskiej czy latynoskiej, to kompletna bzdura. Materiał w większości miałem przygotowany już wcześniej, natomiast tak jak mówię, niewykluczone, że podświadomie atmosfera tego kraju wpłynęła na nasze nagranie. Tylko jeden utwór powstał w całkiem nietypowych okolicznościach. Wydarzyło to się podczas próby przed jednym z koncertów w Brazylii, w stolicy tego kraju. W teatrze, w którym mieliśmy zagrać, ja nagle zacząłem grać prostą melodię na 5/4, której wcześniej nie znałem i robiłem to jak w transie. Za chwilę dołączyli do mnie koledzy, graliśmy ją razem dość intensywnie przez kilka minut i w pewnym momencie zacząłem się bardzo intensywnie pocić i nagle zaczęło mi się na zmianę robić bardzo gorąco i bardzo zimno .. może to były objawy jakiejś gorączki, choć zaznaczę, że absolutnie nie miało to nic wspólnego z żadnymi narkotykami czy z zepsutym jedzeniem (śmiech). W momencie kiedy skończyliśmy grać, zeszliśmy do garderoby i wszystko minęło jak ręką odjął. Najciekawsze jest jednak to, że kiedy dwa dni później wróciliśmy już do Sao Paolo, koledzy wybrali się na bazar i kupili jakąś płytę z indiańską muzyką folkową. Co ciekawe na tej płycie było około dwudziestu utworów i prawie każdy z nich w co najmniej  dziewięćdziesięciu procentach miał ten sam charakter jak ten utwór, który graliśmy wcześniej. Bardzo podobne melodie, prawie to samo tempo, identyczna atmosfera, a nikt z nas czegoś takiego wcześniej nigdy nie słyszał. To naprawdę było magiczne przeżycie, mistyczne wręcz i jestem przekonany, że w ten sposób zostaliśmy rzeczywiście dotknięci przez jakiegoś indiańskiego ducha…

A. Pierończyk, Alma Ata, Kazachstan,1997, fot. J. Mutanowski, K. Sawicki.

Koncertuje Pan dużo za granicą, czasami w bardzo egzotycznych krajach, jak wcześniej wspomniane Maroko czy Brazylia, ale także Kazachstan czy Kirgistan. Jak jest w nich przyjmowana muzyka jazzowa?

Pamiętam, że przed wyjazdem do Brazylii trochę nas przestrzegano przed tym, że muzyka którą gramy może być niezbyt entuzjastycznie przyjęta, że może być za trudna dla tamtejszej publiczności, gdyż prawie nikt w Brazylii czegoś takiego nie gra. Natomiast było wręcz odwrotnie, gdyż po prawie każdym koncercie mieliśmy standing ovation. Do dziś dostaję stamtąd maile od ludzi, którzy bardzo dobrze wspominają spotkanie z moją muzyką. Moja przygoda z Marokiem zaczęła się trzy lata temu zaproszeniem na festiwal w stolicy Maroka – Rabacie. Jest to europejski festiwal jazzowy organizowany przez Unię Europejską. Trwa przez pięć dni i każdego wieczoru grają dwa zespoły europejskie, jeden marokański i jeden zespół europejski gra przez pół godziny razem z marokańskim. Była to dla mnie rewelacyjna przygoda zwłaszcza z muzyką marokańską. Jest to kraj muzułmański choć nie do końca arabski, gdyż jest jakby bramą przejściową ze świata Afryki arabskiej do czarnej Afryki. Właśnie dlatego muzyka tego kraju jest taka szczególna, gdyż splata ze sobą te dwa wątki. Podczas mojej pierwszej wizyty w tym kraju wróciłem z prawie trzydziestoma płytami z tą muzyką zwaną – gnawa, z okolic Marakeszu. Kilka tygodni po tym występie dostałem maila od organizatorów, którzy napisali mi, że co dwa, trzy lata zmieniają dyrektora artystycznego tego festiwalu i że teraz mieli by ochotę na kogoś z Europy Wschodniej i że pomyśleli od razu o mnie i czy nie miałbym ochoty stanąć do konkursu na dyrektora artystycznego. Trochę mnie ta propozycja przeraziła, bo nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia. Ujęło mnie to, że organizatorzy zwrócili się do mnie bezpośrednio, choć zazwyczaj na podobne funkcje trzeba składać aplikacje. Po namyśle zgłosiłem się do tego konkursu i wygrałem go i przez ostatnie dwa lata byłem tam dyrektorem artystycznym festiwalu. Dzięki temu miałem sporo okazji by poznać ten kraj, muzykę i ludzi. 

Zagrał Pan do tej pory z wieloma polskimi i zagranicznymi muzykami, a z kim chciałby Pan jeszcze zagrać?

Właśnie w trakcie realizacji jest jedno z moich największych muzycznych marzeń, czyli współpraca z moim ulubionym od wielu wielu lat kontrabasistą Antony Coxem. Udało mi się go zaprosić jakieś dwa lata temu do specjalnego projektu na zamówienie festiwalu w Lipsku. Niedawno Anthony zaproponował mi stworzenie wspólnego quartetu, w którym miałby być prowadzony przez nas wspólnie i jest to dla mnie szczególne wyróżnienie. Dla niego będzie to pierwszy zespół z prawdziwego zdarzenia po tak długiej przerwie, spowodowanej zmęczeniem koncertowaniem po całym świecie i użeraniem się z show biznesem. Pierwszą trasę koncertową planujemy wstępnie na drugą połowę stycznia 2008, na razie w trio, z grającym obecnie ze mną Krzysztofem Dziedzicem na perkusji i już planuję nagrać w tym składzie nową płytę.

Czy ma pan jeszcze jakieś wzory muzyczne, postacie, które Pana inspirują?

Ostatnio zainspirował mnie Wynton Marsalis, czego bym się nigdy wcześniej nie spodziewał. Stałem się od kilku tygodni jego fanem, chociaż zawsze mnie irytowało jego konserwatywne podejście do muzyki. Ostatnio miałem okazję, by obejrzeć kilka wycinków wideo z jego koncertów w mniejszym składzie na you tube, a także kilka razy live na North Sea Festiwal i to co on wyprawia ze swoją muzyką jest po prostu niewiarygodne…To jest po prostu absolutny mistrz, porównuję go do hutnika, któremu rozpływa się metal w rękach i to samo jest z jego trąbką. On nie ma po prostu żadnych ograniczeń i żadnych blokad. W tej stylistyce, którą on uprawia, czyli w mainstreamie, porusza się niesamowicie suwerennie i gra bardzo kreatywnie, mimo że jest to muzyka w pewnym sensie tradycyjna.


Petar Petrović

https:\/\/www.adampieronczyk.com/HOME/POWITANIE.html/
https:\/\/www.myspace.com/adampieronczyk