Opowieść w reżyserii Macieja Buchwalda od pierwszego sezonu należała do najgłośniejszych polskich produkcji. Zainteresowanie nie słabło także podczas premiery najnowszej, trzeciej odsłony serialu "1670". Jak wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów, w ciągu zaledwie trzech dni użytkownicy mediów społecznościowych zostawili niemal 367 tysięcy interakcji wokół treści związanych z produkcją. Odpowiada to niemal 41 procentom całego zaangażowania wygenerowanego przez pięć analizowanych premier.
Popularność "1670" trudno jednak sprowadzić jedynie do udanego pomysłu. Serial jest jednocześnie komedią absurdu, opowieścią kostiumową, zabawą z historią i sarmackim imaginarium. Przede wszystkim jednak pozostaje satyrą, w której XVII-wieczna Adamczycha zaskakująco często przypomina Polskę znacznie nam bliższą...
Pomysł, który czekał w szufladzie
Zanim pojawił się Jan Paweł Adamczewski, Adamczycha i jej mieszkańcy, był pomysł na dość ryzykowne połączenie: mockumentalny sitcom osadzony w realiach Polski szlacheckiej. Jakub Rużyłło nie od razu był przekonany, że taka koncepcja znajdzie odbiorców.
– Na pomysł wpadłem parę lat temu. Na początku nie miałem planu, żeby to opisać i spróbować zrealizować. Trzymałem go w szufladzie, bo nie byłem przekonany, czy kogoś w ogóle zainteresuje serial, którego akcja toczy się w XVII-wiecznej Polsce. Wydawało mi się, że trudno to będzie sprzedać – przyznał podczas jednej z rozmów w Polskim Radiu.
Posłuchaj rozmowy z Jakubem Ryżyłło w Polskim Radiu >>>
Przełom nastąpił podczas pandemii, gdy skontaktował się z nim Ivo Krankowski, a pomysł zaczął nabierać realnych kształtów. – Maciej Buchwald, reżyser formatujący, stwierdził, że ten scenariusz jest na tyle dobry, że nie warto ograniczać się do jednego gatunku. Zainwestowaliśmy w świat przedstawiony, żeby był bardziej wiarygodny dla widza, ale zachowaliśmy charakterystyczną dla mockumentu formę narracji, tylko inaczej obudowaliśmy ją w kadrze – wyjaśniał Rużyłło.
Właśnie to połączenie okazało się jednym ze znaków rozpoznawczych serialu: bohaterowie funkcjonują w rozbudowanym świecie historycznym, a zarazem mówią do kamery, komentują własne poczynania i zachowują się tak, jakby XVII-wieczną Adamczychę odwiedziła współczesna ekipa dokumentalna.
Najtrudniej nie zacząć się śmiać...
W centrum tego świata stoi Jan Paweł Adamczewski, szlachcic przekonany, że wszystko, co go otacza, potwierdza jego wielkość. Bartłomiej Topa buduje tę postać z całkowitą powagą. I właśnie zderzenie absurdu z niewzruszonym przekonaniem o słuszności jest jednym ze źródeł komizmu "1670".
Posłuchaj rozmowy z Bartłomiejem Topą w Polskim Radiu >>>
– Podjęliśmy decyzję, że to będzie komedia i że będziemy dawać rozrywkę na bardzo wysokim poziomie. Tak też się dzieje – mówił aktor w Polskim Radiu. Paradoksalnie jednym z wyzwań okazało się dla niego zachowanie powagi. – Uczymy się tych tekstów w domach, w hotelach, ale potem ta konfrontacja jest najważniejsza. Jeżeli mówimy o jakichś absurdach i dotykamy totalnej nieprawdy albo jakiegoś komicznego tekstu, to jest bardzo ciężko być w ryzach – przyznał podczas rozmowy.
Żarty żartami, a lekcja z historii... została odrobiona
"1670" nie jest serialem historycznym w klasycznym rozumieniu. Swobodnie korzysta z anachronizmów, współczesnego języka i skojarzeń. Pod warstwą żartów znajduje się jednak zaskakująco wiele szczegółów zaczerpniętych z wiedzy o XVII-wiecznym społeczeństwie, na co uwagę w Polskim Radiu zwrócił historyk prof. Mateusz Wyżga. Jego zdaniem twórcy potraktowali realia epoki znacznie poważniej, niż mogłaby sugerować komediowa forma.
– Samo oddanie epoki to na pewno jakaś interpretacja scenarzysty i całej ekipy filmowej, ale wydaje mi się, że osoby, które pracowały nad serialem, konsultowały to ze specjalistami albo dość dobrze przestudiowały literaturę przedmiotu, zwłaszcza nowszą – zaznaczał.
Posłuchaj rozmowy z prof. Mateuszem Wyżgą w Polskim Radiu >>>
Jak wskazał, warto zwrócić przy tym uwagę na szczegóły, które łatwo przeoczyć w natłoku żartów. Jednym z nich jest stwierdzenie Jana Pawła, który mówi, że po zażyciu pewnego specyfiku będzie żył wiecznie, "a na pewno do pięćdziesiątki". Dowcip wyrasta z realiów demograficznych epoki. Podobnie jest z serialowymi wzmiankami o liczbie dzieci, które przyszły na świat, ale nie dożyły późniejszych lat. – To jest kolejna rzecz, która przeszła przez ręce moje oraz moich koleżanek i kolegów, więc tutaj na pewno trzeba podkreślić, że lekcja została odrobiona – oceniał prof. Wyżga.
Adamczycha w miejscu małej ojczyzny
Śledząc losy bohaterów serialu, nie oglądamy wielkich bitew, dworskich intryg ani pierwszoplanowych wydarzeń politycznych. Historia zostaje sprowadzona do skali jednej wsi i relacji między ludźmi. Jak wskazywał prof. Mateusz Wyżga to właśnie społeczna perspektywa wyróżnia "1670".
– Wydaje mi się, że to odtworzenie epoki tutaj jest bardziej "społeczne" niż na przykład w wizji Henryka Sienkiewicza, który kładł nacisk na takie rzeczy jak państwowość czy honor rycerski – wskazywał. Serial nie ucieka od pańszczyzny i nierówności stanowych, ale jednocześnie nie zamienia XVII-wiecznej wsi w prostą ilustrację jednej historycznej tezy.
– Zamiast pozbierać najgorsze rzeczy, najbardziej krwawe odpryski źródłowe z terenu całej Rzeczypospolitej pod tezę o ucisku, pokazano wszystko w perspektywie jednej wioski. Przecież mieszkańcy takich miejsc musieli się jakoś dogadywać i nie dało się żyć w ciągłej traumie – zauważał historyk.
Gdyby nie sarmaci, nie byłoby "1670"
Serial bierze na warsztat jeden z najmocniej utrwalonych polskich mitów i doprowadza go do komediowej skrajności. "My Sarmaci jesteśmy narodem wybranym" – oznajmia w jednym z odcinków Jan Paweł Adamczewski. Brzmi jak kolejny dowód jego nieposkromionego ego. Tyle że, jak przekonywała w Polskim Radiu historyczka dr Joanna Orzeł, autorka książki "My Sarmaci", akurat w tym przypadku serialowy szlachcic nie jest daleko od historycznej rzeczywistości.
Posłuchaj rozmowy z dr Joanną Orzeł >>>
– To prawda, że szlachta była przekonana, że jest narodem wybranym. Wierzyła, chciała wierzyć albo udawała, że wierzy w to, bo było jej to politycznie na rękę – podkreślała. W serialowej historii autentyczne fundamenty czasów minionych mają również swój wkład w rodzinie Adamczewskich: starszy syn jest dziedzicem i przyszłością rodu, a młodszy wybiera drogę duchowną, co podkreślało prestiż i status rodu.
Gdy XVII wiek zaczyna ustępować współczesności
– Przez wiele lat szlachta w Polsce była synonimem czegoś ważnego. Potem przyszła refleksja, że to materiał bardziej do śmiechu niż do podziwu. I my to wykorzystaliśmy – zauważył podczas jednej z rozmów Jakub Rużyłło.
Łatwiej bowiem śmiać się z zadufanego szlachcica sprzed ponad trzech stuleci, nawet jeśli jego sposób patrzenia na świat, aspiracje i przekonanie o własnej wyjątkowości wydają się niepokojąco znajome. – Serial pozwala spuścić troszkę powietrza z balonu dyskursu o doli i niedoli naszej historii, pańszczyźnie, poddaństwie, wyzyskiwaczach i grupach podporządkowanych – dodawał prof. Wyżga.
Muzyczna tradycja w nowej odsłonie
Historyczny kostium serialu nie kończy się jednak na scenografii i dialogach. Osobną warstwę tego świata tworzy muzyka Jerzego Rogiewicza, kompozytora, perkusisty, wokalisty, improwizatora i dyrygenta. Stworzona przez niego ścieżka dźwiękowa łączy dawne motywy ludowe i barokowe ze współczesnym, często żartobliwym sposobem ich wykorzystania. Nie brakuje również melodii mocno zapisanych w polskiej pamięci kulturowej.
– Pojawia się motyw "Bóg się rodzi", który, jak się okazało, był polonezem koronacyjnym. Jest też fragment hymnu Polski – wyjaśniał Rogiewicz podczas prezentacji pracy nad muzyką do serialu.
Posłuchaj audycji "Muzyka w kadrze" >>>
Żart można również utkać
Rolę zgoła podobną pełnią także kostiumy stworzone przez Katarzynę Lewińską we współpracy z Tomaszem Ossolińskim. W serialu strój staje się częścią opowieści, przekazuje informacje o bohaterach, a czasem przemyca także dowcip.
Jak zaznaczyła kostiumografka, punktem wyjścia był rozległy research malarski. Jedną z ważnych inspiracji stała się dla niej twórczość Daniela Schultza, malarza związanego z Gdańskiem, którego obrazy pozwalały przyjrzeć się także kosmopolitycznemu charakterowi XVII-wiecznej Rzeczypospolitej.
Twórcy nie próbowali jednak rekonstruować epoki z muzealną dosłownością. Katarzyna Lewińska świadomie zestawiała historyczne wzory ze współczesnymi elementami. – Część wzorów jest z epoki, a część zupełnie współczesna. Wtedy mogę sobie pozwolić na żart sytuacyjny poprzez kostium – tłumaczyła.
Adamczycha jest bliższa, niż może się wydawać
Można oglądać "1670" dla absurdalnych dialogów, postaci Jana Pawła oraz barwnych historii. Można także odnajdywać w serialu szczegóły prawdy historycznej, muzyczne cytaty i społeczne aluzje. Całość sprawdza się jednak do jednej cechy wspólnej: współczesności.
"1670" opowiada o świecie hierarchii, ambicji, rodzinnych interesów, aspiracji do awansu, przekonania o własnej wyjątkowości i nieustannego porównywania się z sąsiadem. I mimo ukrycia tych cen za kostiumem, historyczną szatą scenerii i języka, możemy łatwo dostrzec, że Adamczycha wcale nie jest tak odległa jak mogło się nam wydawać.
***
PolskieRadio/Netflix/Zuzanna Chowaniec