- Warto zresztą zauważyć, że status seriali bardzo się zmienia. Obok niskobudżetowych tasiemców powstają przecież znakomite, z rozmachem pomyślane produkcje, przy których widz, taki jak ja, potrafi spędzić 18 godzin bez przerwy - zwrócił uwagę Borys Szyc. A Małecki dodał: - Drwiny z seriali przestają być modne. Nawet w Polsce mieliśmy już w tym gatunku parę świetnych kreacji aktorskich, choćby Kruszon Borysa w "Oficerze" - komplementował kolegę.
Okazuje się jednak, że, przy pragmatycznym nastawieniu, obaj Panowie potrafią się dla sztuki poświęcać. Małecki grywa w serialach, by w teatrze, w którym się realizuje, być wolnym od tego typu zmartwień. Szyc, pracując nad rolą Hamleta w warszawskim Teatrze Współczesnym, na pół roku wyłączył się z jakiegokolwiek innego życia zawodowego. Choć zarazem artyści nie ukrywają lekkiego rozgoryczenia sytuacją ekonomiczną polskich scen. - Może minister kultury mógłby przeznaczyć na wsparcie aktorów przygotowujących się do roli dotację w wysokości... 6 milionów złotych. Nie wiem dlaczego akurat tę kwotę wymieniłem - żartował złośliwie Szyc.
Fundamentalne pytanie padło z publiczności: - Po co jest aktor?....
- Z upływem lat coraz częściej zadaję sobie to pytanie i coraz częściej odpowiadam, że jestem... klaunem - wyznał Małecki. - Czasem ludzi rozbawiam, czasem wzruszam, czasem coś im opowiadam. Przede wszystkim jednak daję odbiorcom rozrywkę. Czasami to bywa frustrujące, ale zaczynam się przyzwyczajać...
A kogo goście Jacka Wakara uważają za swoich mistrzów, za co lubią teatry mieszczańskie i pod jakim warunkiem przytyliby do roli 30 kilogramów? Zachęcamy do obejrzenia nagrania wido audycji "W tyglu kultury" .
mm/asz