USA nie ma nic do wygrania, a Iran wciąż wiele by skorzystał na dogadaniu się z Zachodem. Tylko do tego potrzeba zaufania, które po tym wszystkim będzie bardzo ciężko zbudować. Zwłaszcza, że już po ogłoszeniu rozejmu zaczął się narracyjny chaos i znów powiał wicher grozy.
Rolą sojuszników nie jest potakiwanie, gdy przyjaciel popełnia autodestrukcyjne błędy. Tym bardziej nie jest wspieranie go w takich działaniach, lecz raczej przekonywanie go, że powinien zmienić politykę dla własnego dobra. A dobro sojusznika jest naszym dobrem, zwłaszcza jeśli chodzi o strategicznego partnera jakim jest USA. Wojna z Iranem przyniosła USA wyłącznie szkody i nigdy nie powinna wybuchnąć. Porozumienie w sprawie programu nuklearnego było w zasięgu ręki, irańskie rakiety nie spadały na państwa regionu, a swoboda w cieśninie Ormuz była zapewniona. Nikt też nie zaatakował terytorium USA. Mleko się jednak wylało i czasu nie cofniemy, więc teraz trzeba myśleć o minimalizowaniu szkód, a nie coraz bardziej pogrążać się w ciemności, kierując się złudzeniami wielkiego zwycięstwa.
Zakończenie tej wojny na obecnym etapie wzmocni regionalną pozycję Iranu, który odtrąbi sukces. Zrealizował swój cel – Islamska Republika przetrwała, a sąsiedzi będą musieli się z nią dogadywać. Albo z Chinami, które wraz z Pakistanem, mogą okazać się skuteczniejszym gwarantem bezpieczeństwa. Nie jest więc to sytuacja doskonała, ale lepsza od eskalacji, na której skorzystać może wyłącznie Rosja. Gdyby bowiem doszło do zapowiadanego „zniszczenia cywilizacji” w Iranie to całkowicie zrujnowałoby to wizerunek USA, a i tak nie dałoby nikomu zwycięstwa. Iran zdołałby bowiem przeprowadzić odwet co doprowadziłoby do takiej katastrofy regionalnej, za którą dekadami płaciłby prawie cały świat.
Nie wszyscy rozumieją jak ważna jest w tym kontekście wojna narracyjna, którą USA, niestety na własne życzenie, totalnie przegrywają. Zbigniew Brzeziński pisał w Wielkiej Szachownicy, że USA zbudowały swoją hegemonię na czterech komplementarnych filarach tj. przewadze militarnej, technologicznej, gospodarczej i kulturowej. Przez tą ostatnią Brzeziński rozumiał nie tyle wysoką kulturę, ile atrakcyjność USA jako symbolu wolności. ZSRR, a potem Rosja i inne państwa autorytarne, przez dekady dążyły do zniszczenia tego wizerunku.
Wielkim orędownikiem zwiększania wydatków na wspieranie demokratycznych ruchów na świecie był Ronald Reagan i to odegrało kluczową rolę w zwycięstwie Wolnego Świata nad sowiecko-rosyjskim Imperium Zła. Niestety, na początku drugiej kadencji Donalda Trumpa kluczowe instrumenty amerykańskiego soft-power takie jak USAID czy US Agency for Global Media zostały zrujnowane i teraz widzimy tego katastrofalne efekty. USA trudno będzie naprawić te szkody, a nieprzemyślane i chaotyczne wypowiedzi przedstawicieli obecnej administracji, a zwłaszcza niektóre ich wpisy w mediach społecznościowych, zwiększają ten problem. I to trzeba krytykować dla dobra naszego sojusznika, a nie potakiwać mu, gdy niszczy swój wypracowywany przez dekady wizerunek. Tak nie postępuje przyjaciel.
Podobnie jest z postulatami wsparcia USA w wojnie z Iranem, które są absurdalne. USA nie zwróciło się w tej sprawie do NATO z formalnym wnioskiem ani o konsultacje w oparciu o art. 4 ani nie powołało się na obowiązek kolektywnej obrony zgodnie z art. 5. Nie ma i nie było zatem nigdy żadnej odmowy NATO, a jeśli chcemy na szkodę własną i USA przedłużać tę bezsensowną wojnę, to właśnie wysłanie z własnej inicjatywy jakiegoś wsparcia jest najlepszym pomysłem. Rosja się z tego ucieszy, bo nie dość, że będziemy pomagać USA ugrzęznąć na Bliskim Wschodzie i marnować tam zasoby militarne oraz tracić dziesiątki (a wkrótce pewnie setki) miliardów dolarów, to jeszcze najlepiej pozbądźmy się własnego uzbrojenia. Wtedy na pewno będziemy bezpieczni, bo przecież Rosja nie wykorzysta takiej okazji. To oczywiście sarkazm. Już wiadomo, że uzupełnienie zapasów pocisków przechwytujących przez USA zajmie dwa lata.
Pretensje Trumpa i jego administracji do sojuszników europejskich związane z tą wojną są całkowicie nieuzasadnione. W imię bezpieczeństwa USA europejscy żołnierze, w tym nasi, nie szczędzili krwi, mimo, że często niektóre wojny budziły wątpliwości. Tymczasem żaden amerykański żołnierz nie zginął, póki co w obronie Wschodniej Flanki NATO. A jeśli wojna z Iranem będzie dalej trwać to za miesiąc lub dwa jej koszt przewyższy całą pomoc jaką Ukraina otrzymała od USA w wojnie z Rosją.
Wierzę w utrzymanie więzów atlantyckich i jestem przekonany, że większość członków Kongresu rozumie, iż USA potrzebują Europy równie mocno jak Europa potrzebuje USA. USA wychodząc z NATO bezpowrotnie zniszczyłoby swoją globalną pozycję. I musimy ostrzegać przed tym naszych amerykańskich przyjaciół, a nie potakiwaniem oddawać im niedźwiedzią przysługę.
Witold Repetowicz, dziennikarz i ekspert ds. Bliskiego Wschodu. Autor książek reporterskich o konfliktach w regionie, relacjonował wydarzenia w Syrii i Iraku. Adiunkt Akademii Sztuki Wojennej