Urodził się 11 grudnia 1876 roku w Wiszniewie, miejscowości leżącej dziś na terytorium Białorusi. Był czwartym dzieckiem wybitnego etnologa i językoznawcy Jana Karłowicza oraz Ireny z Sulistrowskich. Od 6. roku życia przebywał za granicą, m.in. w Pradze i Dreźnie. W 1887 roku rodzina osiadła w Warszawie, gdzie rozpoczął regularną edukację muzyczną. Dwa lata później po raz pierwszy odwiedził Zakopane i zafascynował się Tatrami.
Czytaj także:
Hołd dla mistrza
Kompozycji uczył się w Warszawie u Piotra Maszyńskiego, Zygmunta Noskowskiego i Gustawa Roguskiego, a następnie doskonalił warsztat w Berlinie pod kierunkiem Heinricha Urbana. Kształcił się także w grze na skrzypcach u Stanisława Barcewicza. Choć nie został wirtuozem, współpraca ta okazała się twórcza – Karłowicz zadedykował mistrzowi Koncert skrzypcowy A-dur. W Warszawie dzieło zabrzmiało po raz pierwszy w grudniu 1903 roku. Krytycy przyjęli je z mieszanymi odczuciami, zarzucając kompozytorowi nadmierną trudność partii solowej oraz brak wyraźnych odniesień narodowych.
- Ma tematy melodyjne, zajmujące podłoże harmoniczne i barwną szatę instrumentacyjną, zwłaszcza w dwóch ostatnich, najlepszych cząstkach całego dzieła. Ale ma i wadę: jest do zbytku przepełniony trudnościami, które nie mniej nużą grającego, jak słuchacza – pisał Aleksander Poliński na łamach "Kuriera Warszawskiego".
W gronie awangardy
Na początku XX wieku Karłowicz związał się środowiskowo z kompozytorami działającymi w Spółce Nakładowej Młodych Kompozytorów Polskich. Do ugrupowania należeli Grzegorz Fitelberg, Ludomir Różycki, Apolinary Szeluto i Karol Szymanowski; patronował im książę Władysław Lubomirski. Karłowicz formalnie do spółki nie przystąpił, lecz pozostawał jej sympatykiem, a jego utwory wykonywano podczas organizowanych koncertów.
Twórczość młodych kompozytorów spotykała się z niechęcią konserwatywnej krytyki. Oskarżano ich o "kosmopolityzm", nadmierne inspiracje niemieckie i brak pierwiastka ludowego. Podobne zarzuty kierowano wobec Karłowicza.
Walka z krytykami
Również jego koncert kompozytorski w Filharmonii Warszawskiej w listopadzie 1904 roku nie został przyjęty życzliwie.
- Gdybyśmy nie wiedzieli, że p. Mieczysław Karłowicz jest synem naszej ziemi, moglibyśmy przypuszczać, iż kompozycje […] zostały skreślone przez Niemca […]. W żadnym nie dostrzegliśmy odgłosu najmilszej nam i zawsze słuchanej melodii narodowej – pisał Władysław Miller w "Kurierze Codziennym".
Kiedy Mahler był torturą
Sam Karłowicz także zabierał głos jako krytyk. Cenił twórczość Edvarda Griega, Bedřicha Smetany, Antonína Dvořáka i Piotra Czajkowskiego. Nie przepadał natomiast za muzyką Johannesa Brahmsa, zarzucając jej bezbarwną instrumentację i ubóstwo inwencji. Krytycznie wypowiadał się również o dziełach Aleksandra Skriabina, Claude’a Debussy’ego i Maurice’a Ravela. Nie miał sympatii do twórczości Gustava Mahlera. W lutym 1905 roku w Lipsku wysłuchał V Symfonii tego kompozytora.
- Dla mnie Mahler jest twórcą, którego się po prostu obawiam. Po wysłuchaniu jego symfonii wyszedłem z koncertu z uczuciem, jakby głowę moją poddano działaniu przyrządów torturowych […]. W moim przekonaniu muzyka Mahlera nie będzie w stanie rozpowszechnić się dalej, niż sięgają jego stosunki i wpływy jako nadwornego kapelmistrza wiedeńskiego - pisał na łamach "Lutnisty"
W artykułach prasowych komentował również życie artystyczne. Krytykował dyrekcję Filharmonii Warszawskiej za niewystarczające, jego zdaniem, promowanie twórczości polskiej. W 1904 roku opublikował w "Bluszczu" tekst "Kobieta w muzyce".
Karłowicz i Tatry
W 1907 roku Karłowicz przeprowadził się do Zakopanego. Wolny czas poświęcał na przeważnie samotne wędrówki. Piszał liczne artykuły na tematy górskie, zajmował się też fotografią. Zawarł znajomość z Mieczysławem Zaruskim, działał w Towarzystwie Tatrzańskim, był jednym z inicjatorów powołania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego, do czego doszło już po jego śmierci.
- Czy rozsądnie czyni ten, kto chodzi samotnie po Tatrach, zwłaszcza po ich okolicach rzadko zwiedzanych? Kwestia ta przesądzona jest od dawna przecząco i przesądzona nie tylko w sposób rozumowy; wiąże się z nią cały szereg niepokojących obrazów w rodzaju turysty ze złamaną nogą, leżącego samotnie wśród pustkowia i na próżno wzywającego pomocy, lub też wędrowca szarpiącego się bezradnie w żelaznym uścisku oklepca. Gdyby ktoś z osób mi drogich wyruszał samotnie na kilkudniową wyprawę w głąb Tatr, wszystkie niebezpieczeństwa stanęłyby mi w postaci dręczących obrazów przed oczami; odnalazłbym też wszystkie argumenty, które skazują samotną turystykę na potępienie – pisał w tekście Z wędrówek samotnych.
Paradoksalnie zginął właśnie podczas samotnej wyprawy 8 lutego 1909 roku. Chciał wypróbować nowy aparat i w tym celu udał się w okolice Małego Kościelca. Tam podciął lawinę, przed którą nie udało mu się uciec.
Muzyka wobec nieskończoności
Trzon spuścizny Mieczysława Karłowicza stanowi sześć poematów symfonicznych: Rapsodia litewska, Smutna opowieść, Powracające fale, Stanisław i Anna Oświecimowie, Odwieczne pieśni i Epizod na maskaradzie (dokończony przez Fitelberga). Pomimo zamiłowania do Tatr Karłowicz nie czerpał inspiracji z muzyki ludowej Podhala. Wędrówki po górach stanowiły jednak przyczynek do egzystencjalnych rozmyślań, które wpłynęły także na jego muzykę.
- I gdy znajdę się na stromym wierzchołku, sam, mając jedynie lazurową kopułę nieba nad sobą, a naokoło zatopione w morzu równin zakrzepłe bałwany szczytów - wówczas zaczynam rozpływać się w otaczającym przestworzu, przestaję się czuć wyosobnioną jednostką, owiewa mnie potężny, wiekuisty oddech wszechbytu. Tchnienie to przebiega przez wszystkie fibry mej duszy, napełnia ją łagodnym światłem i sięgając do głębin, gdzie leżą wspomnienia trosk i bólów przeżytych, goi, prostuje, wyrównywa. Godziny przeżyte w tej półświadomości są jakby chwilowym powrotem do niebytu; dają one spokój wobec życia i śmierci, mówią o wiecznej pogodzie roztopienia się we wszechistnieniu – pisał kompozytor w jednym z tekstów.
Muzyczny hołd po latach
Wiele lat po śmierci Karłowicza muzyczny hołd złożył mu Wojciech Kilar. W 1976, a więc w stulecie urodzin Karłowicza, Orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą Witolda Rowickiego prawykonała poemat symfoniczny Kościelec 1909.
- Jest opowieścią o tym, co zdarzyło się ósmego lutego 1909 roku pod Małym Kościelcem. Jest jakby zatrzymaniem i rozbudowaniem w czasie tych kilku tragicznych sekund. Jest opowieścią o górach i człowieku, o ich porywającym, dramatycznym związku, jest apoteozą i epitafium, "pieśnią o miłości i śmierci". Jest wreszcie moim bardzo osobistym wyznaniem wiary, hołdem dla kogoś, kogo znać nie mogłem, a czyja postać i dzieło są mi coraz bliższe - komentował Wojciech Kilar.
***
Oskar Łapeta