Posłuchaj rozmowy w audycji "Wybieram Dwójkę" >>>
Urodził się, kształcił i tworzył w Łodzi, z którą jego rodzina była związana od kilku pokoleń. Z okazji jubileuszu urodzin Andrzeja Adama Sadowskiego (1946-2016) jego macierzysta Akademia Sztuk Pięknych w Łodzi 29 października otworzy wystawę prac artysty w galerii Lektorium. Historyk Łukasz M. Sadowski jesienią wystąpi z kolei z serią prelekcji przybliżających sylwetkę i dorobek ojca.
Korzenie sztuki Sadowskiego
Malarskie początki Andrzeja Adama Sadowskiego przypadły na przełom lat 60. i 70., okres, w którym w Łodzi ścierały się dwie przeciwstawne tendencje: awangardowa spod znaku Władysława Strzemińskiego, Katarzyny Kobro i Karola Hillera – oraz ta nowoczesna, inspirowana nowymi zagranicznymi prądami, stawiająca na realizm. Na ASP artysta trafił pod skrzydła prof. Mariana Jaeschke, kolorysty i spadkobiercy malarzy-realistów z poprzedniego pokolenia. W takiej atmosferze fascynacje Sadowskiego mogły rozwijać się bez przeszkód.
Czytaj również:
– Ojciec należał do powojennego pokolenia. Interesowały ich najnowsze tendencje sztuki zachodniej, sztuki amerykańskiej. Był zafascynowany pop-artem, który właśnie wtedy przecież miał swoje apogeum rozwoju w USA. Był zainteresowany komiksem, który w PRL-u dopiero, myślę, dekadę później zaczyna się rozwijać. Na początku lat siedemdziesiątych, kiedy do Polski dotarły również informacje, katalogi, zdjęcia o sztuce amerykańskiej, o fotorealizmie i hiperrealizmie, zdecydował, że to będzie jego droga artystyczna, którą szedł konsekwentnie do końca, w zasadzie do ostatnich dni, kiedy jeszcze tworzył – opowiadał Łukasz M. Sadowski w "Poranku Dwójki".
Od Estesa do Canaletta
Malarstwo Łodzianina ewoluowało na przestrzeni lat. W początkowym okresie sięgał po tematy bliskie zachodnim twórcom takim jak jego mistrz Richard Estes. Świat – cytując gości audycji – "błyszczących samochodów, witryn, niklowanych elementów, neonów, reklam, czegoś, co nie było w PRL-u i co siłą rzeczy było atrakcyjne dla wyjeżdżających na zachód młodych ludzi", fascynował go i pociągał.
– Z biegiem czasu ojciec coraz bardziej stawał się wedutystą, sięgał do tradycji malarstwa europejskiego: oczywiście Bernardo Bellotto, Antonio Canal, późniejsi artyści. Coraz większe znaczenie zaczęła odgrywać dawna architektura, dawne budynki, jakieś elementy, detale. Wszystko to w połączeniu z nowoczesnością, bo zawsze znajdziemy tam współczesne samochody, współczesne elementy – wyjaśniał Sadowski.
Camera obscura i przydomowa pracownia
Artysta malował widoki z rodzinnej Łodzi i innych polskich miast, jak również uliczne pejzaże Wenecji, Brukseli czy Bagdadu. Pracował w przydomowej pracowni, na płótnie i papierze (na październikowej wystawie zobaczymy właśnie te ostatnie, mniej znane dzieła). Ulubiony fotorealizm wymagał od niego ogromnej precyzji i cierpliwości. Wzorem dawnych mistrzów, wykorzystujących wynalazek camera obscura, twórca przy pomocy diapozytywów i projektora przygotowywał najpierw szkic na podstawie fotografii.
– Później było wielotygodniowe wypełnianie tego kolorystyką, porównywanie z fotografią, odtwarzanie maksymalnie, werystyczne, realistyczne tego fragmentu miasta, który został uwieczniony na fotografii. Pamiętam, że na początku ojciec pracował godzinami. Później oczywiście, z wiekiem, nie pracował już na przykład po zmroku. Był niezwykle zaangażowany. Stał za tym silny, maksymalny imperatyw wewnętrzny, artystyczny, po prostu potrzeba tworzenia – wspominał syn malarza.
***
Przygotowanie: Maria Czok
Gość: Łukasz M. Sadowski (historyk sztuki)
Data emisji: 22.09.2026
Godzina emisji: 17.10
Materiał wyemitowano w audycji "Wybieram Dwójkę"
oprac. Kamila Snopek